|
|
|
Historie z głębi złamanych serc
Życzyłabym sobie, aby nie podawano tu mojego nazwiska ze względu na spokój w pracy. Pracuję w szpitalu na oddziale ginekologiczno-położniczym. Ta pacjentka trafiła z krwotokiem macicznym, rozwarciem na dwa-trzy cale, ze skrzepami krwi przy jednoczesnych skurczach co pięć minut. Doktor zadecydował wykonanie historektomii, ale po uprzednim zatrzymaniu jej krwawienia, a w międzyczasie poziom jej hemoglobiny spadł do 6.0, a więc był tak niski, że powiedziano jej, iż konieczna jest transfuzja krwi. Z upływem nocy jej usta stawały się coraz bledsze. Opiekująca się nią pielęgniarka powiedziała jej, że potrzebuje krwi. Pacjentka odmówiła, a jej matka siedząca z nią w sali oznajmiła pielęgniarce, że to jest przeciwne Biblii. Pielęgniarka zawołała doktora i on próbował coś powiedzieć i przekonać je, jak ważne jest podanie krwi. Pacjentka mająca 42 lata odmówiła, a jej matka wezwała wtedy starszych ze zboru. Tymczasem pielęgniarka zrobiła jej test H&H, by ponownie sprawdzić hemoglobinę. Tym razem wyszło 4.0. Dotarli wówczas starsi i zasugerowali, że powinna pić "gatorade". Ale kobieta osłabiona krwotokiem nie mogła niczego przyjąć. Pojawiło się więcej świadków i zalecali spróbować tzw. roztworów, które mogłyby pomóc IE: witaminę K, żelazo itp., które w żaden sposób nie mogły pomóc w rozprowadzaniu tlenu w organizmie. Jedyną rzeczą, która mogła uratować tą kobietę była krew. Została wezwana rodzina, żeby potwierdziła jej wolę. Rodzina przyszła, razem z dwoma synami, i powiedzieli jej 'do zobaczenia'. Na koniec zawezwali nowego doktora, ponieważ chcieli spróbować "syntetycznych" środków krwiopochodnych, ale on powiedział im, że nie ma niczego, co zastąpiłoby czerwone krwinki. Niech oni nie robią tego nigdy więcej. Nazajutrz odnaleźli pierwszego doktora, który chciał pomóc i chciał zrobić historektomię, ale poziom jej hemoglobiny wynosił 1.0, co było zupełnie niewystarczające, by potrzymać obieg tlenu w jej ciele. Chyba nie ma potrzeby mówić, że ona zmarła. To
naprawdę dla mnie bolesne, kiedy patrzę na taką ignorancję. Miałam poważne
zamiary zostać Świadkiem, ale teraz widzę, że to nie jest droga dla mnie.
Widziałam wiele samoistnych poronień "gdy organizm nie może podtrzymać
płodu z jakiegoś powodu", przy świadomości, że nic nie można zrobić.
Rozpaczam za każdym z tych dzieci. Rozpaczałam także nad tą panią, wiedząc,
że można coś zrobić, żeby uratować jej życie. W sercu wiem, że Jehowa Bóg
nie chce, byśmy cierpieli w taki sposób. Ta witryna wniosła nowe światło w
moje myślenie i potwierdziła to, co czuję. Dziękuje.
Nazwisko: Arvid Einar Moody - Urodzony: sierpień 1910 - Zmarł: maj 1978 w Cambridge Mass. Aby zobaczyć akt zgonu kliknij tutaj. Według mojej wiedzy tato został ochrzczony w roku 1929 i mam zdjęcie z jego chrztu... w gruncie rzeczy większość zdjęć rodzinnych świadczy o aktywności, łącznie ze zgromadzeniami, samochodami z głośnikami itp.... jak również przenośnymi gramofonami i nagraniami Rutherforda... a także spora liczba książek z początku stulecia. Tato był starszym w zborze Hyde Park na River St. w Hyde Park, MA. Tato zaprojektował salę. Usługiwał jako mówca w naszym obwodzie i na większości zgromadzeń okręgowych odbywających się na naszym terenie. Był dobrze znany ze swojej szczerości zarówno w naszym okręgu, jak i w biurze głównym. Przyjaźnił się z Alem Schroederem (członek Ciała Kierowniczego) i Charlie Mengiem z Działu Graficznego. Mam syna w wieku 16 lat, który musi uczęszczać w każdą niedzielę na Salę Królestwa ze swoim ojcem (który wciąż jest Świadkiem). On nie wierzy Strażnicy i nie ma ochoty tam chodzić. Jego ojciec posunął się nawet do tego, że wezwał policję, by zmusić go do pójścia, kiedy on się przeciwstawił. Ostatnio mój były mąż dał mojemu synowi oświadczenie o krwi, żeby nosił je w portfelu. Mój syn nie wierzy w to, co jego ojciec, a poza tym mój ex-mąż dał mu oświadczenie, które wyraża jego własne przekonania, a nie syna... nawet za cenę ryzykowania życia mojego syna w imię czegoś, w co mój syn nie wierzy. Podpisał oświadczenie, jakby był jedynym rodzicem. Oczywiście mój syn nie nosi tej karty, tylko dał ją mnie. Niewiarygodna kontrola, którą organizacja posiada nad życiem ludzi wciąż mnie zadziwia... ale też i zasmuca. Teraz, kiedy doszłam do poznania prawdziwej Dobrej Nowiny i wolności, jaką mamy w Chrystusie czuję smutek z powodu osób, które wciąż tam tkwią. Wspomniałeś o możliwości wszczęcia procesu. Byłabym bardzo zainteresowana dodatkowymi informacjami o tym. Oby Bóg błogosławił twoje wysiłki! W Jego miłości, Debbie
Shard...Nie muszę być anonimowa...możesz podać moje nazwisko. Wysłane:
czwartek, 18 grudnia 1997, 3:43 PM Jedna córka naszej siostry (też w prawdzie) zmarła kilka tygodni temu po urodzeniu bliźniąt. Dostała krwotoku i oczywiście odmówiła transfuzji krwi. Siostra ta nazywa się Christine Branch. Jeśli ktoś znajdzie dla niej jakieś słowa pociechy, to chętnie jej je przekażę. Mój adres e-mail: pamela.hill@rrd.com. To była druga śmierć na przestrzeni miesiąca z tego samego powodu w tym zborze. Pamela
Hill Chicago, Il (USA) Skopiowano z Hourglass2Outpost Wysłane przez "Wciąż W Prawdzie" 4 listopada 1997 o godz. 18:57:26: Także chciałbym podzielić się pewną smutną wiadomością. W ubiegły czwartek rano zmarła młoda, 12-letnia dziewczynka, ponieważ po prostu ona i jej rodzice odmówili transfuzji krwi. Jej śmierć bardzo wstrząsnęła zborem - normalnie każdej niedzieli zgromadza się jakieś 110 osób, ale ostatnio było obecnych tylko 43 głosicieli. Zajrzałem na stronę AJWRB: "Nowe Światło na temat Krwi" i przebadałem ją obszernie. Zachęcam osoby będące obecnie ŚJ, by poświęciły 5 minut i przeczytały tą stronę. Rozczarowałem się co do wiary, i nie obchodzi mnie, czy starsi zboru jakoś namierzą mnie po tym liście; mam Internet zaledwie od 3 tygodni, a dowiedziałem się o religii więcej, niż przez całe 24 lata mojego życia. Czuję się taki oszukany i sporo samozaparcia kosztowało mnie by o tym pisać, ale po tragicznej śmierci z ubiegłego tygodnia, musiałem to zbadać. Wprost trudno to sobie wyobrazić, ale zaledwie miesiąc temu, gdybym miał wypadek albo z innego powodu potrzebowałbym transfuzji krwi to odmówiłbym i umarł bez zadania absolutnie ŻADNEGO PYTANIA. To naprawdę do mnie nie podobne. Czy jest ktoś, kto czuje podobnie jak ja? Nie mogę sobie wyobrazić pójścia na kolejne zebranie, chociaż urodziłem się w prawdzie i jestem tu od 24 lat. Tak czy inaczej, prawdopodobnie będę czuł się naprawdę winny za wysłanie tej wiadomości w świat, więc nacisnę lepiej przycisk "Wyślij" zanim stchórzę, ale uczciwych ŚJ którzy chcieliby znaleźć prawdę proszę o zbadanie najpierw strony Nowe Światło na temat Krwi. Jeśli rzeczywiście mamy prawdę, wtedy nie powinniśmy się niczego obawiać ani o nic martwić, żadnych odstępców itp. Dowiadując się prawdy o kwestii krwi wielu odchodzi w poczuciu zdrady. Ale musimy pamiętać, że to nie Bóg nas zdradził. JESTEM TAK WŚCIEKŁY, ŻE PRAWIE TOCZĘ PIANĘ Z UST... ALBO ZARAZ COŚ ROZWALĘ. MÓJ JEDYNY BRATANEK NIE ŻYJE DZIĘKI POLITYCE STRAŻNICY. JEGO WYJĄTKOWY STAN WYMAGAŁ TRANSFUZJI KRWI, GDYŻ WSZYSTKIE ŚRODKI ALTERNATYWNE ZAWIODŁY. MÓJ BRAT I JEGO ŻONA SĄ ZAŁAMANI GDYŻ STRACILI SWOJE JEDYNE DZIECKO. PO PRZECZYTANIU WITRYNY LIBERAL ELDERA O KRWI, PRZEKONAŁEM SIĘ ŻE POLITYKA CO DO KRWI JEST ZŁA. PRÓBOWAŁEM ZACHĘCIĆ MOJEGO BRATA DO PRZECZYTANIA JEJ, ABY ZMIENIŁ ZDANIE W TEJ SPRAWIE. ALE TO SIĘ NIE UDAŁO, A TERAZ MÓJ BRATANEK NIE ŻYJE!!!!!!!!!!!!! PRZEZ KILKA MIESIĘCY ROZWAŻAŁEM JAKIE STANOWISKO POWINIENEM ZAJĄĆ W KWESTII BYCIA ŚWIADKIEM JEHOWY. TERAZ WIEM. DZISIAJ NAPISAŁEM LIST O MOIM ODŁĄCZENIU SIĘ I NIEPRĘDKO BĘDĘ CHCIAŁ ODWIEDZIĆ ZNOWU SALĘ KRÓLESTWA ALBO INNYCH ŚWIADKÓW JEHOWY. JAK WIELE DZIECI MUSI UMRZEĆ ŻEBY CI LUDZIE DOSTRZEGLI W KOŃCU, ŻE TA RELIGIA NIE JEST NICZYM WIĘCEJ NIŻ NARZĘDZIEM DO KONTROLOWANIA WSPÓŁBLIŹNICH. RELIGIĄ, KTÓRA POWODUJE ŚMIERĆ NIEWINNYCH DZIECI. NIEDOBRZE MI SIĘ PRZEZ WAS WSZYSTKICH ROBI!!!!!!!!!!!!!!!! ODCHODZĘ Z OBRZYDZENIEM Gniew,
który ta osoba czuje w stosunku do Towarzystwa Strażnica i jego przywódców
jest na pewno zrozumiały w tej sytuacji. Jest to kolejna tragedia z przyczyny
WTS, a ci, którzy popierają tą doktrynę muszą za to odpowiedzieć. Witam, po przeczytaniu tych historii chciałabym dołączyć moją własną. W wieku 20 lat poroniłam ciążę pozamaciczną. Przez jakieś cztery dni miałam wewnętrzne krwawienie, a kiedy poszłam do szpitala wraz z moją matką - która też jest Świadkiem - powiedziano mi, że jeśli nie przyjmę transfuzji to umrę, osierocając dwoje dzieci. Powiedziałam im, że raczej umrę jako wierny Świadek, niż przyjmę krew i zostanę pozbawiona życia wiecznego. Moja matka po zastanowieniu się uznała, że nie może podpisać zgody na podanie krwi, ale poszła do mojego świeckiego męża i przedstawiła mu sytuację, i on podpisał. Byłam na nią bardzo zagniewana, ale później w tajemnicy podziękowałam jej. Stał się cud, że nie otrzymałam krwi, i że przeżyłam bez niej. Ale równie dobrze mogłam umrzeć. Z pozdrowieniami Sheila - pytający świadek P.S. Możesz podać moje imię, gdyż uważam, że nie mam niczego do ukrycia, a to, co powiedziałam jest prawdą. Dziękuje za poświęcenie czasu na przeczytanie tego. Sheila.
Mój dziadek przyłączył się do Towarzystwa Strażnica na początku XX wieku, a mój ojciec był starszym w miejscowej Sali Królestwa. Rozpocząłem służbę w charakterze pełnoczasowego pioniera w 1971 roku, po porzuceniu szkoły średniej za namową braci. W roku 1973 zostałem zaproszony do światowego Biura Głównego, by przyłączyć się do olbrzymiego zastępu pracowników produkujących literaturę. Po opuszczeniu Betel poślubiłem dziewczynę, która była dobrym Świadkiem Jehowy, i razem zaczęliśmy próbować radować Boga najlepiej jak potrafiliśmy. Moja żona przez osiem lat była misjonarką. Pod kierownictwem Towarzystwa Strażnica była wysyłana w różne części Stanów Zjednoczonych. Po powrocie do domu miejscowi starsi zaczęli mnie szerzej wykorzystywać do nauczania z podium. Większość Świadków Jehowy zgodzi się z tym, że każdy kto spędził jakiś czas biurze głównym jest traktowany na specjalnych zasadach i powierza się mu bardziej odpowiedzialne zadania w miejscowym zborze. Mając dwóch chłopców, zatęskniliśmy za dziewczynką i mieliśmy nadzieje, że narodziny córeczki dopełniłyby naszego szczęścia. 10 sierpnia 1980 roku urodziła się Jenny Leigh Blizard. Byliśmy bardzo podekscytowani, ale zdarzyła się tragedia. W wieku pięciu tygodni Jenny leciutko skaleczyła się w palec i nie można było powstrzymać krwawienia. Miejscowi lekarze orzekli, że krew Jenny po prostu nie ma krzepliwości. Wysłali nas do San Antonio w Teksasie, aby leczyć przypadłość Jenny. Trafiła do Santa Rosa Medical Center, na dziecięcy oddział specjalnej opieki, gdzie szukano najlepszego sposobu polepszenia zdrowia Jenny. Lekarze poświęcali całe dnie na próbach zdiagnozowania choroby. W końcu, zespół lekarzy poinformował nas, że w razie krytycznej sytuacji Jenny będzie potrzebowała transfuzji krwi, żeby przeżyć. Był to dla nas poważny problem, ponieważ Towarzystwo nie zezwalało na transfuzję krwi. Poprosiliśmy lekarzy o opuszczenie pokoju i powiedzieliśmy im, że damy im naszą odpowiedź wkrótce. Modliliśmy się z żoną do Boga i wołaliśmy do Niego o radę. Pamiętam, co myślałem: "O, Jehowo, jak możesz żądać ode mnie podjęcia takiej decyzji - od 'tak' lub 'nie' zależy życie lub śmierć Jenny! Jakimże Bogiem jesteś!" W końcu moja żona i ja wezwaliśmy z powrotem lekarzy do pokoju i poinformowaliśmy ich, że pozostaniemy posłuszni prawu Bożemu i musimy zgodzić się na śmierć Jenny. Przedstawiciele szpitala skontaktowali się z Texas Child Welfare Dept. [urząd zajmujący się opieką nad dziećmi] i złożono pozew przeciwko nam o znęcanie się nad dzieckiem i zaniedbywanie go. Sąd wydał postanowienie rozstrzygające, że Jenny ma otrzymać transfuzję krwi, jeśli będzie to niezbędne do ratowania jej życia. Biuro Szeryfa w Hrabstwie Bexar poinformowało nas o wyroku i ostrzegło personel szpitala, żeby nie pozwolono nam zabrać Jenny ze szpitala. Bardzo dobrze wiedzieli, że Świadkowie Jehowy mają długą historię wykradania pacjentów ze szpitala, by za wszelką cenę uniknąć transfuzji krwi. Wraz z żoną byliśmy dyskretnie zapewniani, że Jenny zostanie zapewniona opieka, niezbędna do uratowania jej życia. Czuliśmy, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby powstrzymać ich od podania jej krwi. Nigdy nie myśleliśmy, że dojdzie do interwencji sądu. Reporterzy dwóch gazet z San Antonio: "The San Antonio Express/News" i "The San Antonio Light", dowiedzieli się o Jenny i opisali tą historię, chociaż my odmówiliśmy rozmowy z dziennikarzami. Patrząc wstecz, pochwalam ich pracę. Tymczasem przyjaciele skontaktowali się z miejscowymi starszymi, którzy natychmiast przyszli nas odwiedzić. Uspokoili się dowiedziawszy się, że wciąż jest trochę czasu na zaplanowanie sposobu uprowadzenia Jenny ze szpitala, zanim zostanie jej podana krew. Wyjaśniłem im, że sprawa nie leży już w moich rękach, i że na mocy wyroku sądu nie można zabrać Jenny. To nie miało dla nich znaczenia. Byli zainteresowani głównie tym, jak ją stamtąd wydostać. Wiedziałem, że Jenny może wkrótce umrzeć, jeśli odłączę ją od urządzeń, które podtrzymywały ją przy życiu, i mogę być oskarżony o morderstwo. Wyjaśniłem to starszym. Powiedzieli: "To jest szansa, którą musisz wykorzystać! Nie możesz pozwolić im na podanie twojemu dziecku krwi!" W trakcie dalszej dyskusji poprosiłem ich o odejście, stwierdzając, że nie możemy dopuścić do śmierci naszego dziecka w taki sposób. "Jeśli to jest Bóg, któremu służę, to jestem z Nim". Starsi w złości opuścili szpital, gdyż nie podporządkowaliśmy się ich żądaniom. "Mam nadzieję", powiedział jeden starszy, "że ona dostanie zapalenia wątroby od tej krwi, i wtedy przekonasz się, że to jest złe!" Kiedy w końcu wróciliśmy do domu z Jenny, wśród Świadków rozeszła się pogłoska, że chociaż niby protestowaliśmy przed przeciwko transfuzji krwi, to "wyraziliśmy zgodę" na podanie jej. To sprawiło, że w ich oczach staliśmy się wyrzutkami. Nie wykluczyli nas, gdyż ich prawo wymagające wyłączenia ma zastosowanie tylko wtedy, gdybyśmy dobrowolnie dali pozwolenie na transfuzję. Stan Jenny był zbyt poważny, by mogły to trwale skorygować transfuzje krwi. Transfuzje podawane jej w niemowlęctwie jedynie przedłużały jej życie, ale 3 marca 1987 roku nasza sześcioletnia Jenny odeszła. Na płycie nagrobnej Jenny jest napisane: "Specjalny posłaniec Boży". Wierzymy, że ona naprawdę nim była. Dzięki jej chorobie i krótkiemu życiu, doszliśmy do poznania oszustwa Towarzystwa Strażnica, ze jego nauczanie o krwi jest niebiblijne i moralnie złe, i dzielimy się tą ważną wiedzą ze Świadkami Jehowy z całego świata w nadziei, że możemy zapobiec niepotrzebnym tragediom w innych rodzinach. Możemy tylko modlić się, by dzięki naszemu świadectwu zniewolone osoby przebudziły się do wolności, jaką można znaleźć tylko w osobie Jezusa Chrystusa. Paul
Blizzard W 1967 roku poślubiłem Delores. Była pionierką...i tak jak ja oddanym Świadkiem Jehowy. Kiedy rozwinęła się u niej białaczka, znaleźliśmy się w okropnym położeniu. Białaczka jest poważną, ale niekoniecznie śmiertelną chorobą, jeśli zastosuje się odpowiednie leczenie. Lekarze powiedzieli nam, że ona ma 50% szans na wyleczenie, jeśli wykonają u niej przeszczep szpiku kostnego, a ona ma brata, dwie siostry i ojca, którzy są dobrymi kandydatami na dawców. Jednakże wtedy każda forma przeszczepu narządów była przez Towarzystwo Strażnica postrzegana jako kanibalizm, tak więc Dolores nawet nie brała pod uwagę przeszczepu, a ja, jako dobry mąż będący Świadkiem, zgodziłem się z decyzją mojej żony i zachęcałem ją do odmowy przyjęcia przeszczepu szpiku. Dolores cierpiała strasznie i zmarła w styczniu 1971 roku wierząc, że była męczennikiem dla "prawdy". Była radosna, dowcipna, wszystkiego ciekawa i lojalna wobec "prawdy" aż do śmierci. Jedyną rzeczą, jaka pozostała z "prawdy" dla której ona umarła, jest zakaz transfuzji krwi, z powodu którego ona cierpiała. W roku 1980 Towarzystwo odwróciło się od swojego zakazu przeszczepu narządów. Najpierw zezłościłem się na nich, ze poprzez swoje zmiany decydują o życiu lub śmierci. Potem zezłościłem się na siebie za słuchanie się ich wytycznych związanych z zabiegami medycznymi, bez wcześniejszego gruntownego sprawdzenia wcześniejszej historii Strażnicy. Gdybym to zrobił, to znalazłbym wszystkie możliwe rodzaje medycznych porad i sugestii, oraz innych śmiesznych pomysłów, przedstawianych łatwowiernym czytelnikom jako fakty, później po prostu zmienianych lub porzucanych. Na przykład, teraz wiem, że Towarzystwo godziło się na przeszczepy narządów w roku 1949, zakazało tego w roku 1967, i po raz ponowny zaakceptowało w roku 1980. Czy to po prostu Bóg się rozmyślił? Nie uważam tak. Co do szczepionek i surowic krwi było jeszcze więcej takich skoków w przód i w tył. Studiując 'Strażnicę' zauważyłem, że większość dogmatycznych artykułów przedstawia opinie niedouczonego i niewykształconego anonimowego autora, który jako źródło swojej wiarygodności podaje nienatchnione rozporządzenia samego Boga. Kiedy następny przywódca albo autor Strażnicy objawiał kolejny niedorzeczny punkt widzenia, i odstawał on od dotychczasowej logiki, liderzy obwiniali lojalnych członków wyznania za faktycznie danie temu wiary wcześniej. W opublikowanej przez Strażnicę publikacji "Prowadzenie rozmów na podstawie Pism" pod hasłem "Fałszywi prorocy" poczyniono następujący komentarz odnośnie ich zmian w poglądach na przestrzeni lat: "Zmiany punktu widzenia, których trzeba było dokonać w pewnych sprawach, były stosunkowo nieznaczne..." Gdybym stanął u grobu Dolores i przeczytał tą wypowiedź na głos, to jaki wniosek wyciągnęłaby każda myśląca osoba? Rady Towarzystwa w kwestiach medycznych prawdopodobnie kosztowały moją żonę życie. Mam nadzieję, że inni nauczą się czegoś z naszych doświadczeń i nie wycierpią tyle co my. Modlę się, by Towarzystwo odeszło od tej okrutnej i nieczułej polityki, która niesie ze sobą tak wiele bezsensownego bólu innym. Gary Poniższy list pochodzi z witryny H2O i był kierowany do nas: Od Carol: Moja osobista tragedia. Mój syn zmarł w wieku 15 lat. Mój kochany syn, wtedy 13-letni, zachorował na dość rzadki mięsak, który umiejscowił się pomiędzy jego kręgosłupem a jelitami. Po wstępnych zabiegach chirurgicznych, w trakcie których chirurg zapewnił mnie, że nie będzie użyta żadna krew - i faktycznie nie była - zadecydowano o podjęciu chemioterapii. Jak wynika z doświadczeń większości pacjentów leczonych w ten sposób, obraz krwi ulega sporemu pogorszeniu. Niekiedy można obejść się bez przetoczenia krwi. Nasz syn nie miał tyle szczęścia. Chemioterapia była tak ostra, że jego szpik kostny nie był w stanie wytwarzać nowej krwi, by zastąpić martwe krwinki. Od początku jego stan był bardzo zły, gdyż naczynia włosowate zatrzymywały krew nie przepuszczając jej do otaczających tkanek, a na dodatek wystąpiły zaburzenia czynnika krzepnięcia jak też czerwonych i białych krwinek. Lekarze powiedzieli, że jeśli w szybkim czasie nie zostanie podana krew, możliwe jest, że on umrze w przeciągu dnia. Mój mąż nie jest Świadkiem. Znał życzenie mojego syna, jak również moje. Po przedyskutowaniu z nami kwestii krwi powiedział, że nie poświęci życia swojego syna z powodu czegoś, co on uważa za niewłaściwą interpretację Biblii (on opuścił wcześniej Strażnicę właśnie z powodu nie zgadzania się z tym). Podpisał zgodę na transfuzję krwi i mój syn niedługo potem wrócił do zdrowia. Oczywiście rak był zbyt poważny i dwa lata później zmarł. W rezultacie tego moje poglądy na krew uległy złagodzeniu. Chociaż nie zgodziłabym się na nią wobec siebie, to myślę, że decyzje o stosowaniu krwi powinny być pozostawione każdej rodzinie. Widok mojego syna umierającego na moich oczach dał mi sposobność pojąć, że nie zawsze wszystko w Biblii jest czarne i białe. Czasami ma wiele odcieni szarości. Mój mąż zdjął ze mnie ciężar kwestii krwi. Dzięki lekarzom dającymi mu krew utrzymującą go przy życiu był z nami przez dwa kolejne cenne lata. Czy mój mąż zrobił źle? Nigdy go nie potępiłam, a w sercu dziękuje mu, gdyż dał mi syna jeszcze na krótki czas zanim on odszedł. Myślę, że Ciało Kierownicze powinno raz jeszcze przestudiować Pismo Święte w tej sprawie. W świetle tego, co jest obecnie dopuszczane, nie jestem zbyt pewna, czy może to całkowite odrzucanie krwi nie jest właśnie czymś niewłaściwym. Komentarz Carol odzwierciedla uczucia wielu Świadków Jehowy. Nie jest łatwo pokonać przeświadczenie, że transfuzje krwi są czymś złym, jeśli było się tego uczonym przez lata, a jeszcze trudniej wyobrazić sobie, że przyjmujesz coś, do czego nauczyłeś się czuć obrzydzenie. Wciąż podtrzymujemy, że w sprawach dotyczących życia i śmierci, poszczególnym Świadkom Jehowy powinno się zezwolić samemu decydować jakie postępowanie będzie najlepsze, oraz że nie powinni oni czuć się przymuszeni do podejmowania takich decyzji przez innych. Moralnie odrażające jest kiedy nad głowami takich osób wisi możliwość wykluczenia. Nie
możemy nic na to poradzić, ale zastanówmy się jakimi zasadami w kwestii krwi
kierowałoby się Ciało Kierownicze, gdyby było złożone z osób mających
rodziny, a nie ze starszych mężczyzn, którzy nigdy nie poświęcą swoich synów
czy córek. Ciekawe czy równie skwapliwie żądaliby od nas ofiarowania naszych
dzieci na swoim ołtarzu krwi.
Poniższy list pochodzi z witryny H2O i był kierowany do nas: Kuzynka mojego współmałżonka została wykluczona w wieku 15 lat i dosłownie szalała poza domem. Została więc zostawiona samej sobie. Była bardzo uparta i od tego czasu próbowała radzić sobie w życiu bez nikogo z rodziny. Teraz ma 41 lat. Cztery lata temu wykryto u niej przewlekłą białaczkę limfatyczną (CLL), a swoje życie do tej chwili zawdzięcza transfuzjom krwi. Jej CLL udało się powstrzymać, ale teraz zachorowała na schorzenie zwane mylodysplasia. Ta choroba zniszczyła (przez całą chemię i naświetlanie) jej szpik kostny. Teraz ona dosłownie żyje z transfuzji krwi. Kiedy członkowie jej rodziny dowiedzieli się o jej chorobie, poprosili starszych o spotkanie, żeby usłyszeć, czy mogą mieć z nią jakieś kontakty. (To taki rodzaj bezmyślności, jakby musieli mieć od nich pozwolenie czy mogą pójść się wysiusiać). W każdym razie do chwili obecnej rozmawiali z nią, a nawet odwiedzili raz czy dwa. Ostatnio lekarze powiedzieli jej, że w tym tempie postępowania choroby zostało jej "być może" 2 lata. Jedyną alternatywą mogłaby być transplantacja szpiku kostnego. Najlepsze szanse byłyby, gdyby dawcą był ktoś z nią spokrewniony (rodzeństwo). Kiedy na początku zwróciła się z tym do brata, on odpowiedział, że już rozeznał się w tym temacie, i z tego, co dowiedział się do tej pory, byłby skłonny poddać się testom. Upłynął pewien czas, więc ona poprosiła go do siebie, by dowiedzieć się czy był już w Centrum Nowotworów w celu zrobienia testu krwi, a on wręcz zaszokował ją mówiąc, że miał 'spotkanie' z kimś w rodzaju komitetu krwi i po tym doszedł do przekonania, że cała ta sprawa jest przeciwna jego sumieniu. (O czyim sumieniu my tutaj NAPRAWDĘ mówimy). On powiedział, że dokonał "wyboru" przez połączenie transfuzji krwi - którą prawdopodobnie dostanie jakiś czas po transplantacji - z samym przeszczepem. Zatem w jego oczach, jedno i drugie wiąże się z tym samym i dlatego jest przeciwne jego sumieniu. To ją przybiło, ale tak naprawdę większego szoku doznałam ja niż ona. Nie okazali się kochająca rodziną, kiedy była trudną nastolatką, i nie byli nią teraz. Zaledwie kilka tygodni temu dostała telefon z banku szpiku kostnego z informacją, że znaleźli nie spokrewnionego zgodnego dawcę. Transplantacja od dawcy nie spokrewnionego jest bardzo niebezpieczna. Bardziej niż od krewnego ze zgodnością. Ona jest tak przerażona, że aż nie można na nią patrzeć. Jest coś, co chciałbym wiedzieć - dlaczego kiedy on zrobił swoje własne rozeznanie w temacie to doszedł do wniosku, że mógłby to zrobić, ale po 'rozmowie' z komitetem krwi, nagle było to przeciwko jego sumieniu? Jej życie wisi teraz na włosku. Zapewne niedługo dowiemy się, jaki to wszystko przybierze obrót. Nadawca: Linda, 25 stycznia 1997, godz. 09:23:36: Cóż
za nieszczęśliwa sytuacja. Ta historia naprawdę ilustruje, jak wielu przyjaciołom
nie pozwala się na samodzielne myślenie. Przecież ostatecznie każdy z nas będzie
musiał zdać rachunek Bogu. Dlaczego nie możemy się tym zadowolić i odpuścić
sobie osądzania innych w każdej sprawie?
Ta historia pochodzi z czasopisma Discover z sierpnia 1988 roku. Miała miejsce u 42-letniej kobiety będącej Świadkiem Jehowy, której chirurgicznie usunięto pęcherz moczowego, na którym okresowo przez ostatnich kilka lat pojawiały się guzy. W ostatnim przypadku wizyty u lekarza zwlekała z tym zbyt długo, i pojawiła się ze sporym krwotokiem i ostrą anemią. Nalegała, żeby nie dawać jej transfuzji i odmowę tą uszanowano. Przez okres tygodnia urolodzy bezskutecznie próbowali powstrzymać krwawienie. Poziom krwinek gwałtownie spadał. Lekarz, który napisał artykuł, mówi co zaszło: "Stopniowo, w miarę jak poziom jej krwi opadał, pani Peyton miała coraz krótszy oddech. Organy wewnętrzne potrzebowały określonej ilości tlenu do funkcjonowania. Tlen jest rozprowadzany z płuc na pozostałe narządy przez hemoglobinę zawartą w krwinkach czerwonych. (...) Zespół medyczny uzupełniał tlen u pani Peyton przez maskę tlenową, aż w końcu zaczęła oddychać w zasadzie czystym O2. Niewielka ilość krwinek czerwonych, jakie posiadała, zostało w pełni natlenionych - ale nie było wystarczającej ilości nośników do rozprowadzania paliwa, którego potrzebował jej organizm." Zapotrzebowanie na tlen zaczęło się u niej zwiększać. Tempo oddechu wzrastało. Zaczęło się u niej wyczuwać coraz większe migotanie, i w końcu - co było nieuchronne - tkanki mięśniowe serca zaczęły rozpaczliwie domagać się konieczności dotlenienia. Doznawała miażdżącego, rozrywającego bólu klatki piersiowej. Autor artykułu relacjonuje jej odczucia, kiedy wszedł do sali szpitalnej: "Kiedy wszedłem do sali (...) przeraziła mnie scena, jaką zastałem. Pierwsze, co zwracało uwagę każdego to sporej postury kobieta z maską tlenową, chwytającą powietrze i oddychającą szybciej niż jest to tylko w ludzkiej mocy. U wezgłowia łóżka stało troje przyjaciół, współczłonków kościoła [świadków] uświadamiających ją. (...) Po obu stronach jej łóżka stało kilku lekarzy - jeden monitorował jej zanikający obieg krwi, inny próbował pobrać nieco krwi z jej żył. Płyn, jakim powoli napełniała się strzykawka miał konsystencję Hawajskiego Ponczu; badanie jakim go poddano ujawnił, że poziom krwinek czerwonych wynosił tylko 9 [normalnie powinno być 40]. Z łóżka zwisał pojemnik z moczem koloru ciemnowiśniowego. Kobieta umierała. Jej kardiogram pokazywał głębokie wcięcia sygnalizujące zapaść. Szkody jakie poniosła w tych kilku godzinach okazały się nieodwracalne." U kobiety nastąpiło zatrzymanie akcji serca. Zespół lekarzy i pielęgniarek rozpoczął sztuczne oddychanie i masaż serca [CPR], podano epinefrynę i atropinę, a potem pobudzano serce elektrowstrząsami. To wznowiło jego pracę, ale zaraz znowu stanęło. Dalsze CPR, więcej epinefryny i atropiny, kolejne elektrowstrząsy, znowu CPR. Trwało to przez godzinę, aż w końcu nie było żadnej nadziei ani celu. Pacjentka zmarła bez szans na przywrócenie do życia. Lekarz opisujący to nie scharakteryzował tej kobiety jako zwykłej fanatyczki. Pisze on: "Ona była inteligentną kobietą, i mówię to jako człowiek zupełnie nie rozumiejący implikacji jej decyzji. Ale jej przekonanie, jak mi się wydaje, wynikało ze zaślepienia narzuconego jej przez wiarę." Elisabeth Rosenthal, artykuł zatytułowany "Oślepieni światłem", czasopismo Discover, sierpień 1988, strony 28-30. Problemy
zdrowotne tej siostry były chroniczne i od czasu do czasu wymagały interwencji
chirurgicznej. Gdyby Towarzystwo pozwoliło jej na zgromadzenie własnej krwi
przed operacją, to prawdopodobnie by nie zmarła. Tym bardziej, iż
dostrzegamy, że nie ma żadnego biblijnego przeciwwskazania dla takiej
procedury.
ŚWIADEK JEHOWY ZMARŁ GDY RODZINA ODMÓWIŁA PODANIA TRANSFUZJI KRWI Oficer dochodzeniowy doniósł dzisiaj, że młoda kobieta będąca Świadkiem Jehowy zmarła po wypadku na łyżworolkach, gdyż jej rodzina odmówiła zgody na ratującą życie transfuzję krwi. Doktor powiedział, że błagał jej rodzinę, by zezwolili u niej na transfuzję, która dałaby jej 90% szans przeżycia. 19-letnia Emelie Grootjes w dniu 31 lipca połamała obie nogi w następstwie utraty kontroli nad łyżwami po skoku ze zjazdu. Emelie, studentka z Holandii, spędzała wakacje na kempingu w Lockley Park w miejscowości Hamworthy, hrabstwo Dorset, ze swoją matką, ojcem, bratem i siostrą; wszyscy byli Świadkami Jehowy. Oficer dochodzeniowy z Bournemouth, Dorset, powiedział, że została ona przewieziona do Poole General Hospital, gdzie zmarła na zespół powstający w wyniku zatoru tłuszczowego pięć dni później. Koroner z East Dorset, Nigel Neville-Jones, ustalił, że tłuszcz oraz szpik z jej potrzaskanych kości przedostał się do jej krwiobiegu, po czym rozlał się wokoło jej płuc uśmiercając ją. Dr Charles Blakeway, konsultant zespołu operacyjnego, opisał skomplikowaną dwugodzinną operację, której celem było opatrzenie jej kończyn i powstrzymanie rozprzestrzeniania się tłuszczu w jej naczyniach krwionośnych. Powiedział: "W normalnych okolicznościach dalibyśmy transfuzję natychmiast. Ale na transfuzję nie godzono się od samego początku, ponieważ była ona Świadkiem Jehowy. Jeśli odmawia się zgody, mamy związane ręce." Nazajutrz zauważył on problemy z Emelie, a stan jej płuc zaczął się pogarszać. Zmarła później na oddziale intensywnej terapii. "Moim zdaniem, odmowa transfuzji krwi przyczyniła się do jej śmierci." Dr Barry Newman, szef oddziału intensywnej terapii powiedział: "W przypadku kogoś tak młodego i w dobrym stanie fizycznym jako ona, przy zastosowaniu wszystkich metod leczenia, jakim chcieliśmy ją poddać, oceniłbym szanse przeżycia na 90%." "Kiedy spotkałem ją po raz pierwszy, uświadomiono mnie, że ona była Świadkiem Jehowy. Jej rodzice mieli podpisany formularz stwierdzający, że ona nie chce przyjęcia krwi ani środków krwiopochodnych." Dr Newman powiedział, iż żałuje, że nie powiedział Emelie podczas ich pierwszego spotkania o "brutalnych faktach", że jej życie zależy od krwi lub osocza. Ojciec Emelie, pan Cornelius Grootjes, ze Schogen w północnej Holandii powiedział: "Akceptujemy inne sposoby leczenia, ale nie krew czy środki krwiopochodne. Myślę, że sytuacja z krwią nie jest jednoznacznie czarna lub biała, jak się to wydaje. Uważam, że lekarze zrobili wszystko, co w ich mocy i jestem im za to bardzo wdzięczny." Pan Neville-Jones powiedział, że badanie pośmiertne potwierdziło, że zgon nastąpił w następstwie zespołu powstającego w wyniku zatoru tłuszczowego. Powołał się on na orzeczenie sędziów Sądu Najwyższego, stwierdzając: "Prawa poszczególnej jednostki są nadrzędne. Skorzystała ona ze swoich praw do odmowy transplantacji, którą jej zaproponowano." W akcie zgonu napisał, iż zmarła ona w następstwie wypadku, "konsekwencją którego było dodatkowa odmowa transfuzji krwi z przyczyn religijnych." Associated Press, 23 września 1996 Jak
ukazaliśmy to w dziale "Z perspektywy biblijnej", Prawo Mojżeszowe
umożliwiało Izraelitom na świadome
konsumowanie krwi w postaci niewykrwawionego mięsa w sytuacjach nagłej
potrzeby. Czy ta dziewiętnastoletnia siostra mogła przyjąć transfuzję krwi
bez narażania się na niezadowolenie Boże? Na pewno tak.
Gdy młoda matka będąca Świadkiem Jehowy zmarła po odmowie transfuzji krwi, największy duński dziennik Ekstrabladet zamieścił następujący materiał: "Mordercy Jehowy" "WIELU JEST TAKICH, KTÓRZY MAJĄ POWODY do nieczystego sumienia z powodu śmierci 24-letniej matki zmarłej w czwartek w szpitalu przy Hvidovre. Po pierwsze, są to członkowie Komitetów Łączności ze Szpitalami dla Świadków Jehowy, których obecność w szpitalu miała wpływ na to, że pacjentka nie zaakceptowała absolutnie niezbędnej transfuzji krwi. Po drugie, są to ci lekarze medycyny z okręgowej Komisji Zdrowia ("Sundhedsstyrelsen"), którzy nie potrafili wykorzystać możliwości prawa, dzięki czemu pomimo wszystko mogliby dać pacjentce potrzebną krew. I w końcu jest to Michael von Magnus z Komisji Zdrowia, który - zapewne pod naciskiem ze strony Świadków Jehowy - opracował istotny okólnik, który zezwala lekarzom na podejmowanie nierozsądnych posunięć w sytuacjach, od których zależy ratowanie życia. Zacznijmy od Świadków Jehowy. Sekta posiada ekscentryczny pogląd, iż przeciwne woli pewnego boga jest akceptowanie transfuzji krwi. Ten niesamowity pomysł, który upowszechniają oni wywołując rozbawienie, staje się on jednak zupełnie wstrętny, kiedy spotykają się oni w szpitalach i próbują wpłynąć na chorych członków, aby nie akceptowali krwi. Jest tak szczególnie wtedy, gdy grożą wykluczeniem z sekty, która często stanowi krąg wszystkich znajomych ofiary, jak również utratą zbawienia ze strony Pana Jehowy. Skutkiem w tym wypadku była tragedia w postaci śmierci młodej matki, która zmarła zaraz po urodzeniu dziecka, a dla tych ludzi nie ma żadnego usprawiedliwienia. Poza tym niejeden może zastanawiać się, czy nie graniczy to z naruszeniem paragrafu 240 kodeksu karnego, o 'przyczynianiu się do popełnienia przez kogoś samobójstwa'. Zawiedli też lekarze medycyny. Krótko po niezwykle skomplikowanym porodzie zapytali pacjentkę, czy życzy sobie ona transfuzji krwi i otrzymali odpowiedź przeczącą. Spełnili tym wymóg paragrafu 14 okólnika, ale gdy pojawiła się infekcja i sytuacja uległa pogorszeniu, powinni oni byli wyjaśnić pacjentce, w jak poważnym stanie się znajduje i spytać o to ponownie. W oczywisty sposób wynika to z drugiego podrozdziału tego samego paragrafu. A jeśli pacjentka nie posiadała pełnej świadomości, powinni mimo wszystko podać krew, co byłoby zgodne z paragrafem 12. Zamiast tego, zapytali strażników od Świadków Jehowy, a ich odpowiedź rzecz jasna brzmiała 'nie'. Było to błędem, ale czy trudno było domyśleć się skutków tej napiętej i złożonej sytuacji? I na koniec - Komisja Zdrowia, a przede wszystkim Magnus von Michael, który stworzył okólnik w roku 1992. Nie wiemy teraz, jakie powodowały nim motywy, ale po prostu zademonstrował, że stawia lekarzom zupełnie nieprzystające do rzeczywistości wymagania w chwili, gdy na szali leży ludzkie życie. W tym samym czasie, kiedy w jak najlepszy sposób starają się oni wykorzystać swoje medyczne umiejętności, zobowiązuje się ich jednocześnie do pamiętania o życzeniach osób, które maja dać pozwolenie na to, co robić, oraz czy nie naruszają paragrafu 14 okólnika. Obowiązkiem lekarzy medycyny jest ratowanie życia, a nie bycie usłużną organizacją na posługach makabrycznej sekty o ekscentrycznych pomysłach. Tym samym okólnik ten powinien zostać wycofany. Ekstrabladet, 21 października 1996 Na pewno trudno się czyta artykuły takie, jak powyższy, i chociaż nie zgadzamy się ze wszystkimi odczuciami autora, to rzuca on światło na to, jak niekiedy jest postrzegane Towarzystwo i Jehowa Bóg przez innych na skutek doktryny o krwi Towarzystwa. To, że każdy z nas powinien mieć swobodny wybór sposobu leczenia uważamy za podstawowe prawo człowieka. Moglibyśmy dodać - prawo, którego w ostatecznym rozrachunku Towarzystwo nas pozbawia. "Odmawiając krwi członkini sekty zmarła" "83-letnia kobieta wolała umrzeć szczęśliwa w swojej religii niż zaakceptować transfuzję krwi. Zmarła podczas prostej operacji stawu biodrowego z powodu utraty krwi. Lekarz nie podał jej niezbędnej transfuzji krwi. Sprawę tą bada obecnie policja." [Z norweskiej gazety Dagbladet z 26 października 1995]. Krótkie streszczenie: 83-letnia kobieta zmarła podczas nieskomplikowanej zazwyczaj operacji. Była Świadkiem Jehowy i w spisanym oświadczeniu odmówiła przyjęcia transfuzji krwi, zanim poddano ją temu zabiegowi. Ze względu na wynikłe komplikacje niemożliwe stało się ratowanie jej życia bez transfuzji krwi, a lekarz uszanował jej życzenie i pozwolił jej umrzeć. Policja wciąż prowadzi śledztwo. Ustalenia nadal nie są zbyt jasne. Prawnik i przedstawiciel Świadków Jehowy w Norwegii, Hakon Helstedt, stwierdził: "Powstrzymywanie się od krwi jest równie ważne jak nie zabijanie", a następnie dodał, że członkowie którzy nie akceptują poglądu ŚJ na krew powinni "znaleźć sobie inną społeczność religijną". Cytaty pochodzą z oryginalnego artykułu opublikowanego w języku norweskim. Zobacz także historię zamieszczoną w tym samym czasopiśmie z dnia1 listopada 1995. Ten sam wypadek opisano również w norweskiej gazecie Varden z 27 października 1995. Komentarze prawnika Towarzystwa po raz kolejny ukazują skuteczność pracy wykonywanej przez Towarzystwo w przekonywaniu braci i sióstr, że transfuzje krwi są niedobre, a nawet stawia się znak równości z morderstwem. I nie ma nic dziwnego w tym, że większość woli umrzeć, aniżeli zaakceptować transfuzję. Bo kto z nas chciałby być postrzegany jak morderca? To, iż takie komentarze przyczyniają się do śmierci wielu osób jest pewne. Ale to, czy Jehowa będzie patrzył przez palce na winę krwi, już takie pewne nie jest.
* Historie i doniesienia prasowe zamieszczone tutaj uważamy za godne zaufania, ale nie możemy tego gwarantować. * Jeśli chciałbyś podzielić się swoją historią, prosimy o kontakt z nami
|