Młodzi odznaczający się "mocą, która wszystko przewyższa"

(Przebudźcie się! z 8 czerwca 1994, ss.9-15)

 

Jesteś młody. Skończyłeś dopiero 12 lat. Masz rodzinę, którą kochasz, i sympatycznych kolegów szkolnych. Czasami jeździsz na wycieczki nad morze albo w góry. Widok nieba roziskrzonego gwiaz­dami napawa cię lękiem i podziwem. Przed tobą całe życie.

Nagle dowiedziałeś się, że masz raka. Taka nowina byłaby ciosem nawet dla sześćdziesięciolatka, a w wieku 12 lat wydaje się totalną klęską.

Lenae Martinez

Czegoś takiego doświadczyła 12-letnia Lenae Martinez. Spodziewała się żyć wiecznie na rajskiej ziemi. Na­dzieję tę ugruntowała w sobie dzięki wiedzy biblijnej, któ­rą przekazali jej rodzice, będący Świadkami Jeho­wy. Sama przecież czy­tała w Biblii, że ziemia ma istnieć na zawsze, że została stworzona jako wieczne mieszkanie dla ludzi i że cisi posiądą ją na wieki (Kaznodziei 1:4; Izajasza 45:18; Ma­teusza 5:5).

Teraz przebywała w kali­fornijskim Szpitalu Dziecię­cym Yalley w mieście Fresno. Trafiła tam z podejrzeniem zapalenia ner­ki. Badania wykazały jednak, iż ma bia­łaczkę. Lekarze uznali, że natychmiast trzeba jej przetoczyć masę czerwonokrwinkową i płytki krwi oraz rozpocząć che­mioterapię.

Lenae oświadczyła, iż nie życzy sobie, aby jej podano krew lub składniki krwi, ponieważ zabronił tego Bóg, na przykład w Księdze 3 Mojżeszowej i w Dziejach Apo­stolskich. „Postanowiliśmy bowiem, Duch Święty i my, by nie nakładać na was żad­nego innego ciężaru oprócz następujących rzeczy niezbędnych: Wstrzymywać się od mięsa ofiarowanego bałwanom, od krwi, od tego, co zadławione, i od nierządu”  (Dzieje  15:28, 29). Rodzice poparli jej sta­nowisko, ale Lenae moc­no podkreślała, że decyzję tę powzięła samodzielnie i że sprawa ta ma dla niej ogromne znaczenie.

Lekarze wielokrotnie rozmawiali z Lenae i jej rodzicami. Zdarzyło się nawet, iż któregoś popo­łudnia przyszli drugi raz. Lenae tak opowiadała o tej wizycie: „Byłam wyczer­pana z bólu i zwymiotowałam dużo krwi. Zadawali mi te same pytania, tylko w inny sposób. Po raz kolej­ny powiedziałam: ‘Nie życzę sobie żadnej krwi ani jej składników. Wolę umrzeć niż złamać przyrzeczenie spełniania woli Je­howy Boga’”.

Lenae dodała: „Rano przyszli znowu. Liczba płytek w krwi malała i ciągle mia­łam wysoką gorączkę. Tym razem leka­rze słuchali mnie uważniej. Chociaż nie podobało im się moje stanowisko, uznali, że jestem bardzo dojrzałą dwunastolatką. Później zaszedł do mnie mój pediatra i po­wiedział, że przykro mu o tym mówić, ale mogą mi pomóc jedynie chemioterapia i transfuzje. Wspomniał, że zajrzy później, i wyszedł.

„Po jego wyjściu bardzo się rozpłakałam, bo przecież od urodzenia dbał o moje zdro­wie, a teraz miałam wrażenie, że mnie zdradził. Kiedy później wrócił, powiedzia­łam, jak zabolały mnie jego słowa i że po­czułam się, jakby przestał się mną intere­sować. Był tym zaskoczony i przeprosił mnie. Nie chciał mi sprawić przykrości. Popatrzył na mnie i powiedział: ‘Cóż Le­nae, jeśli tak musi być, to zobaczymy się w niebie’. Zdjął okulary i z ogromnymi łzami w oczach powiedział, że mnie kocha, a potem mocno mnie uścisnął. Podzięko­wałam mu, mówiąc: ‘Dziękuję, ja też pana kocham, doktorze Gillespie, ale jeśli cho­dzi o mnie, to mam nadzieję zmartwych­wstać do życia na rajskiej ziemi’”.

Później przyszło dwóch lekarzy i praw­nik. Chcieli porozmawiać z Lenae na osobności, więc poprosili jej rodziców, by wyszli. W trakcie rozmowy lekarze byli bardzo wyrozumiali i życzliwi wobec Le­nae, a jej przejrzyste wypowiedzi i głę­bokie przekonanie zrobiły na nich duże wrażenie.

Kiedy pozostali z nią sam na sam, oznaj­mili, że umiera na białaczkę, po czym dodali: „Ale dzięki transfuzjom mogłabyś jeszcze trochę pożyć. Jeżeli jednak nie przyjmiesz krwi, za parę dni umrzesz”.

„Gdybym dostała krew”, zapytała Le­nae, „to jak długo mogłabym pożyć?”

„Trzy do sześciu miesięcy” — odrzekli.

„Co mogłabym zrobić przez te sześć miesięcy?” — spytała.

„Wzmocnisz się i będziesz mogła du­żo zdziałać. Mogłabyś odwiedzić Disney World. Mogłabyś zwiedzić wiele innych miejsc”.

Lenae przez chwilę pomyślała, po czym wyjaśniła: „Służyłam Jehowie przez całe moje życie —12 lat. Za posłuszeństwo obiecał mi wieczne życie w raju. Nie od­wrócę się teraz od Niego, żeby pożyć sześć miesięcy. Pragnę pozostać wierna aż do śmierci. Będę mogła wówczas liczyć na to, iż w słusznym czasie mnie wskrzesi i ob­darzy życiem bez końca. A wtedy będę miała mnóstwo czasu na wszystko, czym zechcę się zająć”.

Lekarze i prawnik byli najwyraźniej zdumieni. Pochwalili ją i odeszli, a rodzi­com powiedzieli, że ich córka myśli i wypo­wiada się jak osoba dorosła i potrafi sama podejmować decyzje. Zalecili, by komitet etyki w Szpitalu Dziecięcym Yalley uznał Lenae za dojrzałą nieletnią. Komitet ten, w którego skład wchodzili lekarze i inni pracownicy służby zdrowia oraz profesor etyki z Uniwersytetu Stanowego w Fresno, postanowił, że Lenae może samodzielnie decydować o swym leczeniu. Uznano Le­nae za dojrzałą nieletnią. Nie zwrócono się do sądu o wydanie nakazu.

Dnia 22 września 1993 roku o godzinie 6.30 nad ranem, po długiej i ciężkiej nocy, Lenae zapadła w sen śmierci w ramionach swej matki. Dostojeństwo i spokój owej nocy wyryły trwały ślad w umysłach tych, którzy tam byli. Na pogrzeb przybyły 482 osoby, a wśród nich lekarze, pielęgniarki i nauczyciele, na których wiara i prawość Lenae wywarły głębokie wrażenie.

Rodzice i krewni Lenae byli ogromnie wdzięczni lekarzom, pielęgniarkom i kie­rownictwu Szpitala Dziecięcego Yalley za to, że z taką wnikliwością oce­nili dojrzałość tej młodej osoby i że decyzje tę powzię­to bez udziału sądu.

Crystal Moore

Takiej wyrozumiałoś­ci nie okazano 17-letniej Crystal Moore, gdy zna­lazła się w klinice Colum­bia Presbyterian Medical Center w Nowym Jorku. Cierpiała na wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Zaraz po przyjęciu do szpitala Crystal wraz z rodzicami wielo­krotnie podkreślała, że nie życzy sobie krwi. Nie chciała umrzeć, pragnęła jedynie być leczona z uwzględnieniem biblijnego nakazu co do wstrzymywania się od krwi (Dzieje 15:28, 29).

Członkowie zespołu leczącego Crystal byli przekonani, że jej stan wymaga trans­fuzji. Jeden z lekarzy oświadczył bez ogródek: „Jeżeli do czwartku 15 czerwca Crystal nie dostanie krwi, to w piątek 16 czerwca będzie już martwa!” Ale 16 czerw­ca Crystal dalej żyła, więc lekarze zwró­cili się do Sądu Najwyższego Stanu Nowy Jork o upoważnienie ich do przetoczenia krwi bez jej zgody.

Podczas rozprawy, którą naprędce prze­prowadzono tego ranka w szpitalu, jeden z lekarzy zeznał, że Crystal należy na­tychmiast przetoczyć dwie jednostki (litr) krwi i że może zajść potrzeba podania co najmniej dziesięciu jednostek. Poza tym oznajmił, iż jeśli Crystal będzie stawiać opór, to przywiąże jej ręce i nogi do łóżka, a krew i tak przetoczy. Crystal zakomuni­kowała lekarzom, że gdy będą usiłowali jej dać krew, zacznie „wrzeszczeć na całe gardło” i że jako Świadek Jehowy uważa wmuszanie krwi za równie odrażające jak gwałt.

Pomimo kilkakrotnych próśb jej adwo­kata sąd nie zgodził się, aby Crystal mogła zabrać głos i dowieść, że potrafi decydować o sobie. Chociaż jako uczennica szkoły śred­niej otrzymała niedawno nagrodę za celujące wy­niki i przodownictwo w nauce, sędzia nie zezwo­liła jej zeznawać do pro­tokołu w sprawie odmo­wy przyjęcia krwi. Było to równoznaczne z zaprze­czeniem prawa Crystal do udziału w czynnościach pro­cesowych, do decydowania o swoim ciele oraz do nienaru­szalności życia osobistego i wol­ności wyznania.

Co prawda sędzia nie przystała na utrwalenie w protokole zeznań Crystal, nie­mniej udała się do jej pokoju i przez 20 minut rozmawiała z nią sam na sam. Po tej wizycie przyznała, iż pacjentka jest „bez wątpienia bardzo inteligentna” i „bardzo elokwentna”, a ponadto „bezsprzecznie odznacza się trzeźwością umysłu” i „potra­fi rzeczowo się wypowiadać”. Mimo tych spostrzeżeń zdecydowanie odmówiła Crys­tal prawa do samodzielnego wyboru sposo­bu leczenia.

W niedzielę rano, 18 czerwca, Crystal wymagała natychmiastowej operacji. Wy­raziła na nią zgodę, lecz wciąż nie zgadza­ła się na transfuzję. Podczas zabiegu utra­ciła niecałe 100 mililitrów krwi. Niemniej zdaniem lekarzy niezbędna mogła się o-kazać transfuzja pooperacyjna. Jednakże inny lekarz nie uważał tego za konieczne. Od 13 lat rutynowo leczył podobne przy­padki bez krwi i nigdy nie zaszła potrzeba wykonania takiej transfuzji.

Dnia 22 czerwca 1989 roku sąd tymcza­sowo przekazał szpitalowi prawo do opieki nad Crystal w celu podania jej krwi w ra­zie „konieczności ochrony i ratowania życia”. Uprawnienia te wygasły z chwilą wy­pisania Crystal ze szpitala. Transfuzja nie była jej wcale potrzebna, toteż ani razu nie dostała krwi. Jednakże sposób, w jaki sąd potraktował jej sprawę, niewątpliwie budzi oburzenie!

Po powrocie ze szpitala Crystal ukończy­ła szkołę średnią z wyróżnieniem. Niedłu­go potem rozpoczęła pełnoczasową służ­bę kaznodziejską jako Świadek Jehowy. Została przewodnikiem wycieczek w Sali Zgromadzeń Świadków Jehowy w Jersey City, a ponadto zgłosiła się na ochotnika do pracy w brygadzie budującej i remon­tującej Sale Królestwa.

A przecież lekarze w Columbia Presbyterian Medical Center twierdzili, że je­śli do 15 czerwca nie dostanie krwi, to 16 czerwca będzie martwa, i że gdyby się sprzeciwiała transfuzji, zostanie za ręce i nogi przywiązana do łóżka. Kiedy leka­rze zwracający się do sądu o natychmia­stowe zezwolenie na podanie krwi uparcie utrzymują, iż bez niej pacjentowi grozi śmierć, warto im przypomnieć przypadek Crystal Moore.

Lisa Kosack

Pierwsza noc w Szpitalu Chorób Dzie­cięcych w Toronto była dla Lisy gorsza niż koszmar. Przyjęto ją o czwartej po połu­dniu i niezwłocznie poddano serii badań. Do sali na oddział trafiła dopie­ro wieczorem, piętnaście po je­denastej. A o północy... Ale może pozwólmy, żeby Lisa sama zrelacjonowała, co zaszło. „O północy weszła pielęgniarka i powiedzia­ła: ‘Muszę ci dać trochę krwi’.  Zawołałam: ‘Nie mogę przyjąć krwi, bo jestem Świadkiem Jeho­wy! Chyba pani o tym wie! Chyba pani o tym wie!’ ‘Wiem, wiem’, odpo­wiedziała, ale zaraz rapto­wnie odłączyła kroplówkę i jak gdyby nigdy nic podłączyła mi krew. Zaczęłam krzyczeć i strasznie płakać”.

Cóż to za bezduszna i okrutna terapia narzucona w środku nocy chorej i przera­żonej 12-letniej dziewczynce znajdującej się w obcym miejscu! Rodzice pozostawili Lisę w owym szpitalu dziecięcym w Toron­to, spodziewając się znaleźć przychylnych i chętnych do współpracy lekarzy. Tym­czasem ich córkę udręczono w nocy trans­fuzją, choć zarówno Lisa, jak i jej rodzice uważali, że przyjęcie krwi lub jej składni­ków stanowi niedopuszczalne pogwałce­nie prawa Bożego (Dzieje 15:28, 29).

Nazajutrz rano szpital wystąpił do sądu o upoważnienie do przeprowadzenia trans­fuzji. Pięciodniowej rozprawie przewodni­czył sędzia David R. Main. Odbywała się w sali szpitalnej i Lisa była na niej przez cały czas obecna. Dziewczynka zachoro­wała na ostrą białaczkę szpikową — cho­robę w większości przypadków śmiertel­ną, niemniej zdaniem tamtejszych lekarzy szansę wyleczenia wynosiły 30 procent. Zalecali wielokrotne przetaczanie krwi oraz intensywną chemioterapię — leczenie związane z ogromnym bólem i wyczerpu­jącymi skutkami ubocznymi. Czwartego dnia rozprawy zeznawała Lisa. Zapytano ją między innymi, co przeżywała, gdy o północy dano jej przemocą transfuzję krwi. Wyjaśniła, że czuła się jak gdyby była psem, na któ­rym się robi doświadcze­nia, i jakby ją gwałcono, i że niektórzy ludzie uważają, iż skoro jest nie­pełnoletnia, to mogą z nią robić, co im się żyw­nie podoba. Z odrazą patrzyła na przetaczaną jej cudzą krew i martwiła się, czy nie nabawi się AIDS, zapalenia wątroby albo in­nej choroby zakaźnej. Naj­bardziej jednak była przejęta tym, co sobie pomyśli Jehowa, skoro złamała Jego prawo zabraniające przyjmowania do organizmu cudzej krwi. Oświadczyła, że gdyby coś takiego się powtórzyło, to „bym się szarpała, kopnęłabym stojak z pojemnikiem na krew i wyrwałabym z żyły igłę, choćby to miało boleć, a potem podziurawiłabym pojemnik z krwią”.  


Zagrożenia wynikające z transfuzji krwi

Jak donosi czasopismo The New England Jour­nal of Medicine z 14 grudnia 1989 roku, jedna dawka krwi może zawierać wystarczająco dużo wirusów AIDS, by spowodować 1 750 000 infekcji!

Kiedy wyszło na jaw, że AIDS przenosi się mię­dzy innymi przez krew honorowych dawców, w książce Autologous and Directed Blood Programs, wydanej w 1987 roku, przyznano z ubolewaniem: „Jest to najbardziej gorzka ironia losu w dziejach medycyny: oto krew — ów drogocenny dar życia — może się okazać narzędziem śmierci”.

Doktor Charles Huggins, kierujący służbą krwio­dawstwa w jednym ze szpitali w stanie Massachusetts, nadmienił: „Jest to najgroźniejsza z sub­stancji stosowanych w medycynie”.

W periodyku Surgery Annual wysnuto wniosek: „Najbezpieczniejsza transfuzja to bez wątpienia ta, której nie dokonano”.

Ponieważ w wypadku chirurgicznego leczenia raka współczynnik nawrotów jest znacznie wyż­szy po zastosowaniu transfuzji, więc na łamach czasopisma The American Journal of Surgery z września 1986 roku dr John S. Spratt oświadczył: „Niewykluczone, że specjalista w zakresie chirurgii nowotworów będzie się musiał wyspecja­lizować w operowaniu bez krwi”.

W periodyku Emergency Medicine napisano: „Doświadczenia związane z leczeniem Świadków Jehowy mogą oznaczać, iż wcale nie trzeba tak bardzo polegać na transfuzji — uwzględniając wszystkie jej ewentualne powikłania—jak do tej pory sądzono”.

Z kolei w czasopiśmie Pathologist nadmieniono, że Świadkowie Jehowy odmawiają przyjęcia krwi, po czym dodano: „Wiele przemawia za tym, by poprzeć ich stanowisko, i to wbrew protestom banków krwi”.

Doktor Charles H. Baron z wydziału prawa jed­nego z uniwersytetów w Bostonie tak się wypo­wiedział na temat nieprzyjmowania krwi przez Świadków Jehowy: „Skorzystało z tego całe spo­łeczeństwo amerykańskie. Dzięki pracy Komitetów Łączności ze Szpitalami, powołanych przez Świad­ków Jehowy, nie tylko ich współwyznawcy, lecz również wszyscy inni pacjenci są dzisiaj mniej na­rażeni na zbędne przetaczanie krwi”.    


Jej obrońca zapytał: „Co sądzisz o tym, żeby Towarzystwo Pomocy Dzieciom sta­rało się o przejęcie od twoich rodziców prawa do opieki nad tobą?”

„Jestem tym ogromnie wzburzona. My­ślę, że to okrutne, bo moi rodzice nigdy mnie nie bili, bardzo mnie kochają i ja ich kocham, a kiedy miałam zapalenie gar­dła albo gdy byłam przeziębiona, zawsze się o mnie troszczyli. Byłam ich oczkiem w głowie, a teraz pojawia się ktoś, kto ma coś przeciw, i po prostu chce mnie im odebrać. Uważam, że to wstrętne i bardzo się tym przejmuję”.

„Czy chcesz umrzeć?”

„Ależ skąd, chyba nikt tego nie chce. Ale jeśli rzeczywiście umrę, nie boję się tego, bo spodziewam się żyć wiecznie na rajskiej ziemi”.

Większość obecnych miała w oczach łzy, gdy Lisa odważnie mówiła o nieu­chronnej śmierci, o swej wierze w Jehowę i o niezłomnym postanowieniu przestrze­gania Jego prawa co do świętości krwi.

„Liso, czy zmieniłoby się twoje nastawie­nie, gdybyś się dowiedziała, że sąd naka­zał ci przyjmować transfuzje?” — brzmia­ło kolejne pytanie obrońcy.

„Nie, ponieważ pragnę pozostać wierna memu Bogu i przestrzegać Jego przyka­zań; przecież Bóg znacznie przewyższa każdy sąd i każdego człowieka”.

„Liso, jakie orzeczenie chciałabyś usły­szeć od pana sędziego w tej sprawie?”

„Chciałabym, żeby pan sędzia oddał mnie rodzicom i żeby przywrócono im prawo do opieki nade mną. Wtedy będę szczęśliwa i wrócę do domu, w którym się dobrze czuję”.

Właśnie tak postąpił sędzia Main. Oto fragmenty jego orzeczenia:

„L. zapowiedziała jasno i bez ogródek, że w razie próby podania krwi będzie ze wszystkich sił stawiać opór. Oświadczyła — a wierzę, że dotrzymałaby słowa — iż będzie się szarpać i krzyczeć, wyrwie so­bie z żyły igłę i postara się zniszczyć pojemnik z krwią zawieszony nad jej łóż­kiem. Odmawiam wydania wyroku, któ­ry by skazywał to dziecko na takie cier­pienia”.

W sprawie wmuszenia Lisie transfuzji krwi, dokonanej w środku nocy, sędzia oznajmił:

„Stwierdzam, że w myśl artykułu 15. punktu 1. zastosowano wobec niej dyskry­minację ze względu na religię i wiek. Zgodnie z artykułem 7. przetoczenie krwi w zaistniałych okolicznościach było naru­szeniem jej nietykalności osobistej”.

Ciekawe spostrzeżenie poczynił sędzia o samej Lisie:

„L. jest uroczą, niezwykle inteligentną, elokwentną, grzeczną, wrażliwą, a przede wszystkim bardzo dzielną dziewczynką. Jest ponad wiek mądra i dojrzała. Mogę śmiało powiedzieć, że odznacza się wszy­stkimi zaletami, które każde z rodziców chciałoby widzieć w swoim dziecku. Jej poglądy religijne są dobrze przemyśla­ne, ustalone i skrystalizowane. Moim zda­niem niczyje rady ani nacisk, czy to ze strony rodziców, kogokolwiek innego, czy nawet sądu, nie zachwieją jej przekona­niami religijnymi ani ich nie zmienią. Uważam, że L. K. trzeba dać szansę zwal­czania tej choroby z godnością i ze spoko­jem ducha”.

„Wniosek zostaje oddalony".

Lisa wraz z rodzicami opuściła szpital jeszcze tego samego dnia. Rzeczywiście zmagała się z chorobą, zachowując god­ność i spokój ducha. Umarła spokojnie w domu, w objęciach kochających rodzi­ców. Tym samym stanęła w jednym szere­gu z wieloma innymi młodymi Świadkami Jehowy, którzy dają pierwszeństwo Bogu. Dzięki temu będzie mogła razem z nimi doświadczyć spełnienia obietnicy Jezusa: „Kto straci życie swoje dla mnie, znajdzie je” (Mateusza 10:39).

Ernestine Gregory

Ernestine liczyła sobie 17 lat, gdy roz­poznano u niej białaczkę. Kiedy trafiła do szpitala, odmówiła przyjęcia składni­ków krwi, które lekarze zamierzali jej podać, aby wspomóc zaplanowaną che­mioterapię. Poprosiła o leczenie bez krwi, a matka poparła jej decyzję. Szpital zgło­sił to wówczas do instytucji zajmującej się w Chicago opieką społeczną, a ta z kolei wystąpiła do sądu o zezwolenie na podanie krwi. W trakcie rozprawy sąd wysłuchał zeznań złożonych przez Er­nestine, lekarza medycyny, psychiatrę, obrońcę, jak również inne osoby związane ze sprawą.

Dziewczyna oświadczyła swemu lekarzo­wi, że nie życzy sobie krwi, że jest to jej osobista decyzja, którą powzięła na pod­stawie lektury Pisma Świętego, że transfu­zja wmuszona jej w wyniku nakazu sądu niezmiennie oznaczałaby pogwałcenie pra­wa Bożego i bez względu na uprawnienia sądu jest dla niej nie do przyjęcia, że nie sprzeciwia się leczeniu ani nie chce umie­rać i że jej decyzja nie wyraża pragnienia śmierci ani samobójstwa, choć nie boi się umrzeć.

Lekarz medycyny, Stanley Yachnin, ze­znał, iż jest „pod wrażeniem dojrzałości Ernestine, jej poczucia własnego ja” oraz głębokich przekonań religijnych. Dodał, że Ernestine jest świadoma charakteru i następstw swej  choroby. W związku z tym dr Yachnin nie  uważał  za konieczne zwrócenia się do psychia­try albo psychologa.

Mimo to wezwano psy­chiatrę. Doktor Ner Littner po rozmowie z Ernestine wyraził pogląd, iż odznacza się ona dojrza­łością osoby w wieku 18 —21 lat. Jego zdaniem dziewczyna rozumie kon­sekwencje wynikające z za­akceptowania lub odrzucenia transfuzji krwi. Nie dokonała wy­boru pod niczyim naciskiem, lecz zgodnie z osobistym przekonaniem. Do­ktor Littner uznał, że należy zezwolić Ernestine powziąć w tej sprawie samodzielną decyzję.

Pani Jane McAtee, prawnik reprezen­tujący szpital, zeznała, iż po rozmowie z Ernestine doszła do wniosku, że rozu­mie ona specyfikę swej choroby i „wydaje się być w pełni zdolna do powzięcia włas­nej decyzji i pogodzenia się z jej następ­stwami”.

Sąd również był pod wrażeniem zeznań Ernestine. Orzekł, że jest dojrzałą sie­demnastolatka, która powzięła samodziel­ną decyzję i zdaje sobie sprawę ze swego trudnego położenia. Chociaż wykazała, iż jako dojrzała młoda kobieta potrafi w sprawie swego leczenia podjąć przemyśla­ną, trafną decyzję, pozostającą w zgodzie z wyznawanymi przez siebie wartościami i przekonaniami, to jednak sąd wydał zdu­miewające postanowienie zezwalające le­karzom przetoczyć jej krew.

Odwołanie od tego wyroku wniesiono najpierw do Sądu Apelacyjnego Stanu Il­linois. Dwoma głosami przeciw jednemu Sąd Apelacyjny orzekł, że Ernestine nie może być zmuszana wbrew swojej woli do przyjęcia transfuzji. Uznano, iż prawo do wolności wyznania, wyrażo­ne w Pierwszej Poprawce do Konstytucji USA, oraz kon­stytucyjne prawa do niena­ruszalności życia osobiste­go gwarantują Ernestine, jako dojrzałej nieletniej, możliwość niewyrażenia zgody na transfuzję krwi z przyczyn religijnych.

Pracownicy opieki spo­łecznej zaskarżyli ów wer­dykt Sądu Apelacyjnego w Sądzie Najwyższym Stanu Illinois, który jednak utrzymał wyrok w mocy, orzekając, iż Er­nestine — chociaż małoletnia — ma pra­wo nie zgodzić się na leczenie, przeciw któremu ma zastrzeżenia. Sąd oparł swoje rozstrzygnięcia na prawie zwyczajowym co do samodzielnego decydowania o swoim ciele oraz na przepisach mówiących o spo­sobie traktowania „dojrzałych nieletnich". Oto wyrażone przy tej okazji stanowisko Sądu Najwyższego Stanu Illinois, wiążące przy rozpatrywaniu spraw dojrzałych nie­letnich na terenie tego stanu:

„Jeżeli dowody jasno i przekonywają­co poświadczają, że nieletni jest na tyle dojrzały, by rozumieć następstwa swego postępowania, na tyle dojrzały, iż przeja­wia zdolność rozeznania właściwą osobie dorosłej, to jako dojrzały nieletni mo­że skorzystać z prawa zwyczajowego i wy­razić zgodę na leczenie albo jej nie wy­razić”.

Ernestine nie poddano chemioterapii i nie przetoczono jej krwi, a mimo to nie zmarła na białaczkę — choć lekarze chcieli przekonać sąd, że tak się niechyb­nie stanie. Ernestine zajęła zdecydowane stanowisko i dała pierwszeństwo Bogu, podobnie jak inni wspomniani wcześniej młodzi ludzie. Każdy z nich otrzymał „moc, która wszystko przewyższa” (2 Koryntian 4:7).