|
Kilka
ciekawych artykułów o Świadkach Jehowy i kwestii krwi
Gazeta
Wyborcza nr 241, wydanie waw (Warszawa) z dnia 1993/10/14, str. 10
Krzysztof
ZIELIŃSKI, Rzeszów; Grafika G.A. Eschera
SPÓR
O JEREMIASZA
Świadkom
Jehowy religia zabrania transfuzji krwi. Czy lekarze znajdą sposób, by
nie musieli jej stosować?
Od
ponad miesiąca w krakowskiej Klinice Neonatologii leży w inkubatorze
noworodek. Urodził się jako wcześniak ważący niewiele ponad kilogram.
Matka (czterdzieści kilka lat) miała już siedem poronień. Dziecko jest
dla niej ostatnią szansą na macierzyństwo.
Lekarze
chcieli wspomóc organizm noworodka za pomocą transfuzji krwi, gdyż
szpik kostny nie produkował wystarczającej liczby krwinek czerwonych.
Obydwoje rodzice, świadkowie Jehowy, nie wyrazili na to zgody z przyczyn
religijnych, choć zdawali sobie sprawę, że życie dziecka wisi na włosku.
Lekarze wahali się, czy wystąpić do sądu o ograniczenie praw
rodzicielskich.
Zakaz
Boży
Świadkowie
Jehowy, których w Polsce jest ponad 107 tys., nie liczą na cudowne
uzdrowienia. W przypadku choroby szukają pomocy u lekarzy-specjalistów i
godzą się na zaproponowane leczenie. Z przyczyn religijnych nie godzą
się jednak nigdy na zabieg przetoczenia pełnej krwi.
Powołują
się na słowa Jahwe: „Ktokolwiek (...) będzie spożywał jakąkolwiek
krew, zwrócę swoje oblicze przeciwko spożywającemu krew i wytracę go
spośród jego ludu, gdyż życie ciała jest we krwi”.
Świadkowie
ten biblijny zakaz odnoszą do współczesnego zabiegu transfuzji krwi pełnej,
jej osocza oraz krwinek czerwonych, białych i płytkowych. Nie zgadzają
się nawet na przetoczenie własnej, wcześniej pobranej krwi, jeśli nastąpiło
jej oderwanie od organizmu.
Od
niedawna nie wykluczają jednak stosowania surowic oraz takich składników
krwi jak albuminy, immunoglobuliny i czynniki krzepnięcia. Tych trzech
ostatnich tylko dlatego, że - jak wykazały niedawne badania uczonych
amerykańskich - są przekazywane poprzez łożysko ciężarnej kobiety płodowi
- czyli z jednego organizmu do drugiego. Skoro dzieje się to z woli
Jehowy, dozwolone jest także dla człowieka.
Modlimy
się i czekamy
Na
świecie żyje ponad cztery miliony świadków Jehowy. Ich nieugięta
postawa wpłynęła na wynalezienie środków farmakologicznych zastępujących
w wielu wypadkach transfuzję. Jednym z nich jest syntetyczna
erytropoetyna - hormon produkowany przez wątrobę - pobudzająca szpik
kostny do tworzenia czerwonych krwinek.
Dzięki
postępowi w medycynie i wprowadzeniu nowych technik operacyjnych (obniżenie
temperatury ciała zmniejszające zapotrzebowania organizmu na tlen w
czasie zabiegu, przedoperacyjne zmiany krzepliwości krwi, zmniejszenie
pola operacyjnego, użycie skalpeli laserowych) skomplikowane zabiegi
przeprowadza się bez przetaczania krwi, co do niedawna było nie do pomyślenia.
Ma to znaczenie nie tylko dla świadków Jehowy, zmniejsza się ryzyko
zarażenia wirusem HIV lub HbS (wirus żółtaczki wszczepiennej)
wszystkich operowanych pacjentów.
Zorganizowane
przez społeczność świadków Jehowy Komitety Łączności ze Szpitalami
promują nowe metody i kierują chorych do specjalistów, którzy podejmą
się takiego leczenia. Komitety istnieją w 65 krajach, w Polsce jest ich
15 w większych miastach, głównie w siedzibach akademii medycznych.
Polskie
Komitety zorganizowały już dwa tysiące spotkań z lekarzami, prowadzą
rozmowy z prawnikami.
-
Widać coraz większe zrozumienie dla przekonań religijnych świadków
Jehowy - uważają członkowie rzeszowskiego Komitetu.
W
wypadku wcześniaka z krakowskiej kliniki zastosowano bardzo drogie
alternatywne leczenie. Społeczność krakowskich świadków kupiła
wszystkie potrzebne lekarstwa. Prawdopodobnie dziecko najgorsze ma już za
sobą.
-
Byłby to wielki sukces dla nowych metod leczenia w Polsce. Udowodniłby
lekarzom, że można z jednej strony ratować życie ludzi i godzić to z
poszanowaniem ich religijnych przekonań. Czekamy i modlimy się w
intencji dziecka - stwierdził jeden z członków krakowskiego Komitetu
Łączności ze Szpitalami.
Bezkrwawa
chirurgia
Od
wielu lat kliniki w Europie Zachodniej, a szczególnie w Stanach
Zjednoczonych odchodzą od traktowania transfuzji jako środka uzupełniającego
leczenie pacjenta.
Oprócz
innych od dawna znanych powikłań po przetaczaniu krwi przyczynił się
do tego niewątpliwie strach przed AIDS. Krew obok spermy jest jednym ze
źródeł wnikania wirusa HIV do zdrowego organizmu. Afery we Francji i
Niemczech, kiedy to kilkuset pacjentom podano zakażoną krew, uzmysłowiły,
jakim zagrożeniem są transfuzje.
„Doświadczenia
ostatnich lat wykazały, że niezwykle często nadużywano i nadużywa się
wciąż jeszcze przetaczania krwi, a przecież w bardzo wielu przypadkach
można zupełnie dobrze obejść się bez transfuzji, a zadowolić się
przetaczaniem płynów krwiozastępczych (...) wypada być raczej ostrożnym
w wypowiadaniu apodyktycznego sądu, że tylko transfuzja krwi może
uratować życie” (z książki Etyka i Deontologia pod red.
Tadeusza Kielanowskiego).
W
Stanach Zjednoczonych [USA] działa już 35 ośrodków bezkrwawej
chirurgii. Doktor Denton Cooley z Teksasu przeprowadził ponad 600 poważnych
operacji nie korzystając z obcej krwi.
W
zeszłym roku 57-letni świadek Jehowy z Poznania poddany został
zabiegowi transplantacji serca bez transfuzji w klinice Uniwersytetu
Humboldta w Berlinie. W ciągu kilku ostatnich lat w Berlinie
przeprowadzono dziesięć takich udanych operacji.
Amerykanka
w Tychach
Renomowane
polskie kliniki mogą przejąć część pacjentów amerykańskich i
zachodnioeuropejskich szpitali, gdyż za operację i dalszą opiekę
medyczną płaci się u nas jedną trzecią tego, co na Zachodzie.
Precedensem była operacja ginekologiczna, której poddała się amerykańska
pacjentka - świadek Jehowy – w Tychach. Coraz częściej przyjeżdżają
też Austriacy.
Największe
szanse na leczenie zagranicznych pacjentów ma zespół prof. Zbigniewa
Religii z Kliniki Kardiochirurgii w Zabrzu. Od 1987 r. przeprowadził on
ponad 50 zabiegów na otwartym sercu bez korzystania z obcej krwi. Tylko
jeden zakończył się śmiercią. Świadkowie Jehowy twierdzą, że
najlepiej współpracuje się im z klinikami wojskowymi, zwłaszcza w
Bydgoszczy i Krakowie.
Gwałt
na dziecku?
Dzisiaj
Jeremiasz miałby półtora roku. W czerwcu zeszłego roku trafił na
Oddział Intensywnej Terapii Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie z
rozpoznaniem zapalenia mózgu. Lekarze nie wiedząc, że jego rodzice są
świadkami Jehowy, po pierwszych badaniach dokonali przetoczenia preparatów
krwiopochodnych. W cztery dni później ojciec złożył oświadczenie, że
z przyczyn religijnych on i żona nie godzą się na transfuzję krwi i
zastosowanie preparatów krwiopochodnych. Lekarz prowadzący leczenie
obiecał respektować ich wolę.
Tak
się działo do momentu, gdy stan Jeremiasza zaczął się szybko pogarszać.
Lekarze stwierdzili, że konieczna jest natychmiastowa transfuzja krwi.
Ojciec miał zgodzić się na nią, o ile dostanie pisemną gwarancję, że
po zabiegu dziecko wyzdrowieje.
-
Nie wydam takiego zaświadczenia osobie chorej nawet na katar. W każdym
przypadku możliwości powikłań są ogromne. Cóż dopiero, gdy
kilkumiesięczne niemowlę chore jest na zapalenie mózgu - mówi dzisiaj
lekarz prowadzący.
Ojciec
napisał więc oświadczenie, że jeżeli Jeremiaszowi zostanie
przetoczona krew, odbierze to jako gwałt na dziecku i będzie dochodził
swoich praw sądownie. Lekarz wystąpił do sądu o zgodę na transfuzję.
Rozprawa odbyła się tego samego dnia, rodzicom ograniczono ich prawa.
Po
transfuzji stan dziecka nadal pogarszał się, a w kilka dni później chłopiec
zmarł. Rodzice próbowali zebrać dokumenty związane z chorobą syna,
ale szpital poinformował, że historię choroby może udostępnić tylko
organom ścigania.
Dziś
świadkowie się zgadzają
Każdy
pełnoletni świadek Jehowy nosi przy sobie kartę z osobistym oświadczeniem
„Żadnej krwi”. Dzieci mają karty identyfikacyjne z informacją,
że należą do rodziny świadków, i prośbą o natychmiastowy kontakt z
rodzicami w przypadku, gdyby konieczna była transfuzja.
Prawo
polskie wymaga zgody pacjenta na przeprowadzenie operacji. Lekarz, który
przetoczy krew choremu świadkowi Jehowy nie informując go o tym, może
być pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Nawet jeśli zabieg był
konieczny dla ratowania życia, np. w przypadku krwotoku podczas operacji.
W
etyce lekarskiej obowiązek ratowania życia i zdrowia dziecka jest ważniejszy
od szanowania przekonań religijnych jego rodziców.
-
Uważam, że półtora roku temu popełniłem tylko jeden błąd - nie
wystąpiłem od razu do Sądu Rodzinnego o ograniczenie praw
rodzicielskich. Gdyby od początku leczono Jeremiasza preparatami
krwiopochodnymi, jest duże prawdopodobieństwo, że żyłby dzisiaj - mówi
lekarz ze Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie. - Wówczas chcieliśmy
przetoczyć te preparaty krwiopochodne, na które świadkowie Jehowy
dzisiaj już wyrażają zgodę - dodaje.
Prof.
Zygmunt Kaliciński, kierownik Kliniki Chirurgii Dziecięcej Centralnego
Szpitala Klinicznego WAM w Warszawie:
-
Gdybym miał wybierać między śmiercią dziecka a skazaniem za
naruszenie jego wolności osobistej, wybrałbym zawsze to drugie. Po
prostu - wolność może być zabrana na jakiś czas i zwrócona, śmierć
jest nieodwracalna.
Nic
nie zastąpi czerwonych krwinek
Na
Zachodzie już od lat pełna krew podawana jest tylko w wyjątkowych
przypadkach gwałtownego krwotoku lub utraty znacznej ilości krwi, w
czasie np. wypadku.
Z
pełnej krwi konserwowanej można uzyskać preparaty: koncentrat krwinek
czerwonych, koncentrat płytkowy, koncentrat leukocytarny i osocze. Ten
ostatni element jest prefabrykatem do uzyskania koncentratów czynników
krzepnięcia i innych preparatów niezbędnych dla chorych na hemofilię.
- We współczesnej medycynie stosuje się leczenie wybiórcze, polegające
na podawaniu choremu tylko tych elementów komórkowych i osoczowych krwi,
których mu brakuje - mówi dyrektor Wojewódzkiej Stacji Krwiodawstwa w
Rzeszowie, lekarz transfuzjolog, Jan Pabisz.
Najważniejsze
są krwinki czerwone, nośnik tlenu. Nauka nie wynalazła jeszcze niczego,
co by je zastąpiło. Lekarze ratując życie pacjentom muszą używać
preparatów uzyskanych z ludzkiej krwi. Świadkowie nie chcą się na to
zgodzić, ale proponowane przez nich metody leczenia nie zastąpią tych
preparatów.
Sąd
zmienia zdanie
-
Dorośli mają prawo do decyzji o własnej śmierci, ich dzieciom trzeba
dać jednak szansę, nawet wbrew rodzicom - to zdanie większości
rzeszowskich lekarzy, z którymi rozmawiałem.
30
czerwca Sąd Wojewódzki w Zamościu anulował jednak wyrok sądu niższej
instancji o ograniczeniu praw rodzicielskich małżeństwu świadków
Jehowy. Ich dziecko, chore na hemofilię, ma wewnętrzne krwotoki.
Rodzice
nie zgodzili się na podawanie krwi i preparatów krwiopochodnych. Sąd
Rejonowy ograniczył ich władzę rodzicielską, ale decyzję zmienił Sąd
Wojewódzki. W uzasadnieniu czytamy: „Brak zgody rodziców na
podawanie dziecku krwi nie wynika jedynie z ich światopoglądu. W
aktualnych warunkach społecznych nie mogą być lekceważone obawy rodziców,
że transfuzja niesie ze sobą zagrożenie wirusem HIV bądź wirusem HbS
(uszkadzającym wątrobę)”.
Dziecko
jest leczone w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Lublinie przy
zastosowaniu alternatywnych metod, które są w pełni akceptowane przez
rodziców.
Gazeta
Wyborcza nr 267, wydanie waw (Warszawa) z dnia 1994/11/17, str. 10
Aneta
AUGUSTYN; Rys. Mirosław Owczarek
BO
ŻYCIE CIAŁA JEST WE KRWI...
Przy
końcu świata Jahwe wróci do życia sprawiedliwych. Wtedy znów zobaczę
mojego synka. Już widzę, jak się z nim witam.
W
październiku Krzyś miał obchodzić swoje piąte urodziny. Do urodzin
zabrakło miesiąca. Bo chłopiec miał pecha (tak mówią lekarze), bo
ojciec nie zna się na grzybach (uważa matka), bo matka to morderczyni (mówi
ojciec Krzysia i ludzie w miasteczku P.). Bo prawo Boże ponad wszystkim
(twierdzi Paweł N., listonosz z miasteczka P. na Dolnym Śląsku, świadek
Jehowy).
-
Przez ćwierć wieku pamięć o niej nie zaginie w miasteczku - Maria K. mówi
wzburzonym głosem o swojej niedawnej sąsiadce Annie H. - Podpisała
wyrok na syna.
Przedtem
dzieci wołały za Anną „kici, kici” albo miauczały przeciągle
na jej widok. Dorośli mówili „kociak”, wcale nie dlatego, że
Anna jest szczupłą blondynką. Teraz poszeptują: „Morderczyni, własnemu
dziecku szansy nie dała”.
Po
pogrzebie synka Anna zostawiła męża i wyniosła się z miasteczka P.
Zamieszkała kilka kilometrów dalej, w domu pod lasem, z matką i siostrą,
które tak jak ona głoszą dobrą nowinę o Królestwie Jehowy.
Ostatni
gołąbek
Na
grzyby poszli razem - Anna, jej mąż Piotr i ich dwóch synów. Zebrali
cztery gołąbki, akurat dla każdego po jednym. Upiekli w piekarniku na
blasze, z solą. Ostatniego złapał Krzyś, który bawił się z kolegami
na podwórku i właśnie wpadł do domu, żeby coś przegryźć. Tego
samego wieczoru Krzyś powiedział: „Mamusia, niedobze mi”.
Następnego
dnia rano, w środę, Krzyś z biegunką i wymiotami trafił do szpitala w
Bystrzycy. W piątek było lepiej, ale w sobotnie popołudnie chłopiec
zaczął tracić przytomność. Nocą odwieziono go karetką do Kliniki
Nefrologii Pediatrycznej we Wrocławiu. „Czy zgadza się pani na
transfuzję u syna” - zapytali Annę lekarze. Dali jej pół godziny
do namysłu.
„Jestem
poinformowana o konieczności przeprowadzenia transfuzji wymiennej u mego
syna i o wszelkich konsekwencjach związanych z niewykonaniem tego
zabiegu. Włącznie ze zgonem mego dziecka” - napisała pół
godziny później.
Mąż
stał obok. Lekarze dziwią się, że wtedy nie zareagował.
Przez
prawie tydzień Krzyś wegetował w śpiączce. Ostatni gołąbek
upieczony z solą na blasze okazał się muchomorem sromotnikowym.
Krzyż
i falbanki
W
miasteczku P. mieszka osiem tysięcy ludzi. Ruch w jedynej księgarni jest
niewielki.
-
Znałyśmy się dobrze - wspomina Annę sprzedawczyni z księgarni. -
Dawniej była majstrem na budowie, obrotna, lubiła się dobrze ubrać.
Ale odkąd do kociej wiary poszła, rozmawiać się z nią nie da. Nic
tylko o Bogu by mówiła. Teraz, jak dziecko pogrzebała, to już tutaj
nie będzie miała życia.
-
Na wojny koty nie chcą chodzić, a dzieci mordują - wtrąca młody mężczyzna
w roboczym kombinezonie.
Na
pogrzeb Krzysia przyszło kilkaset osób.
-
Falbanki przy trumnie poobcinała i krzyż z niej zerwała - mówią
ludzie z miasteczka P., kiedy pytam o Annę. - Ojciec-katolik na szczęście
w ostatniej chwili dorabiał.
-
I kolorowo ubrana była, a głowę tak do góry nosiła.
Ksiądz
poświęcił grób i poszedł. Wtedy rozkrzyczał się miasteczkowy pijak:
„Koty dziecko wykończyły”, „Piłą łeb jej uciąć”.
-
Wszystko, co nam na sercu leżało, wykrzyczał - mówi Maria K., była sąsiadka.
Na
samochody świadków Jehowy dzieciaki posypały kamienie („tylko
lekki grys cmentarny” - zaznaczają ludzie). Do wieczora parafianie
pilnowali grobu. - Żeby koty nie postawiły tego swojego krzyża, co go w
samochodzie mieli - tłumaczy pani z księgarni. - Tego dnia tylko rzucić
zapałkę, a ludzie by wybuchli.
O
Annie mówią teraz, że dolary nie wiadomo skąd dostaje i że pewnie
Jehowi czymś ją szprycują, bo wcale smutna nie chodzi.
Piąte
- nie zabijaj
-
Ludzie Annę zaszczuli - Paweł N. jest w miasteczku listonoszem. -
Chcieliśmy, żeby pogrzeb był nasz: pochówek, krótki wykład. Ale
ludzie szemrali, więc pomyślałem „o ciało bić się nie będziemy”.
I tak w tym mieście są ludzie gotowi na wszystko, gorzej niż w średniowieczu.
Na pogrzebie nie dopuszczono Anny do grobu. Kiedy kładłem kwiaty,
spluwali. A krzyż zdjęliśmy wcześniej, bo nie oddajemy czci
wizerunkom.
We
wtorki Paweł spotyka się z innymi głosicielami w mieszkaniach, w
czwartki jeździ do pobliskiej miejscowości, gdzie w zborze ponad setka
sióstr i braci studiuje księgi biblijne. W niedzielę słucha wykładów
o zbliżających się dniach ostatnich.
-
Dla nas najważniejsze przykazanie to „nie zabijaj” - mówi.
„Ktokolwiek
będzie spożywał jakąkolwiek krew, zwrócę swoje oblicze przeciwko
niemu i wytracę go spośród jego ludu. Bo życie ciała jest we
krwi” - tak mówi Mojżesz w 3. Księdze.
-
Człowiek, któremu przetoczono krew, nie dostąpi zbawienia - mówi Paweł.
- Pod żadną postacią krew nie może być przenoszona do wnętrza
organizmu.
Na
tapczanie siedzi Grześ, dziewięcioletni syn Pawła. W szkole dzieci
miauczą za nim, czasem biją, ale wychowawczyni zawsze broni. Grześ wyciąga
spod swetra zawieszoną na sznurku plakietkę z nazwiskiem, adresem i
odmową przyjęcia krwi. Jego mama w torebce nosi oświadczenie, że
„uwalnia lekarzy, anestezjologów oraz szpitale od odpowiedzialności
za wszelkie szkody, jakie mogłyby wyniknąć z odmowy przetaczania krwi
pełnej, plazmy, krwinek czerwonych, białych i płytkowych. Nawet gdyby w
ocenie lekarza ich użycie było konieczne do ratowania zdrowia lub życia”.
Pytam
ojca, czy zdecydowałby się na transfuzję krwi u syna, gdyby był to
jedyny sposób ratowania jego życia. - Prawo Boże ponad wszystkim -
podkreśla Paweł. - Dla innych najwyższą wartością jest życie. Dla
nas - uznanie u Boga. Teraz są już preparaty zastępujące krew, ale
lekarze wolą leczyć rutynowo.
Lekarze
ci pomogą
Z
ulotki świadków wydrukowanej w Nowym Jorku: „Miejmy nadzieję, że
nigdy nie stracisz dużej ilości krwi. Gdyby się to jednak zdarzyło,
umiejętni lekarze zdołają ci pomóc bez jej przetaczania, które jest
takie niebezpieczne”. Dalej mowa o aparatach płuco-serce,
skalpelach laserowych, preparatach żelaza, erytropoetynie.
-
Hormon erytropoetyna pobudza szpik kostny do tworzenia czerwonych ciałek
krwi, ale dopiero po 3-4 tygodniach - mówi lekarz z wrocławskiej Kliniki
Nefrologii Pediatrycznej. - Możemy stosować go u chorych z niedokrwistością,
ale nie wtedy, gdy krew trzeba błyskawicznie uzupełnić lub wymienić.
-
Są sytuacje, w których krwi zastąpić się nie da - potwierdza lekarz z
Kliniki Hematologii i Chorób Rozrostowych Dzieci. - Preparaty krwiozastępcze,
np. Haes czy Dextran, poprawiają na pewien czas krążenie, ale nie zwiększają
ilości hemoglobiny ani czerwonych ciałek krwi. Prędzej czy później
krew trzeba podać. Przy nagłych silnych krwawieniach jedynie krew może
ratować życie.
Nie
nasza sprawa
-
Niezgoda na podanie dziecku krwi to ewidentne nadużycie władzy
rodzicielskiej. Granicą tej władzy jest dobro dziecka, którego nie można
rozpatrywać w kategoriach religijnych. To, że po drugiej stronie coś
istnieje, to tylko nasze wyobrażenie. A śmierć jest faktem - uważa
Jacek Mazurkiewicz, prawnik, przewodniczący Terenowego Komitetu Ochrony
Praw Dziecka we Wrocławiu.
-
Wiemy, że u świadków Jehowy poczucie winy po przyjęciu krwi jest
bardzo silne, że czują się „skażeni” - mówi Jerzy Szkarłat,
rzecznik odpowiedzialności zawodowej w Dolnośląskiej Izbie Lekarskiej.
- Przy całym szacunku dla pacjenta lekarz nie może jednak złożyć
zobowiązania, że nie przetoczy krwi dziecku. Jeśli czas pozwala,
zwracamy się do sądu rodzinnego o zezwolenie na podjęcie leczenia. Jeśli
liczą się minuty - lekarz powinien wziąć odpowiedzialność na siebie
i ratować życie.
-
Rodzice nie mają bezwzględnych praw do dzieci - deklaruje lekarz z wrocławskiej
Kliniki Nefrologii Pediatrycznej. O tym przypadku mówi jednak: - Gdyby
matka nie była świadkiem Jehowy, zrobilibyśmy transfuzję, choć
szanse były znikome. Odtruwanie należało rozpocząć w szpitalu w
Bystrzycy, przy zatruciu muchomorem tylko dwie pierwsze doby dają szansę
przeżycia.
Marian
Szołtysik, ordynator oddziału dziecięcego w szpitalu w Bystrzycy, nie
ma ochoty na rozmowę. - Nie mam nic do powiedzenia - zbywa mnie. -
Badania, które zrobiliśmy, nie wykazały zarodników muchomora. A
transfuzja to nie nasza sprawa. To problem kliniki.
Był
obok, ale nie pamięta
O
Krzysiu sąsiedzi mówią, że był silny, ciemnowłosy. Wykapany ojciec.
-
Nigdy w szpitalu nie był. Zdrowy jak młody dąb, całymi dniami po podwórku
szalał - Piotr H., ojciec Krzysia miesza herbatę. - Do szpitala, do Wrocławia
co dzień jeździłem i co dzień żem telefonował. Jedno źle zrobiłem:
że z lekarzami sam nie rozmawiałem. Wierzyłem, że ona do tego
wystarczy.
Kiedy
Anna podpisywała odmowę, Piotr stał obok. Teraz mówi, że nie pamięta;
że był przerażony chorobą syna; że nie wiedział, co to za dokument.
Gdy lekarze powiedzieli mu, że trzeba przetoczyć krew, na drugi dzień w
sądzie zdobył zgodę na leczenie mimo sprzeciwu matki. Zawiózł je w
nocy. Ale transfuzja była już zbyteczna.
-
Nie wierzyłem, że ona coś takiego zrobi - mówi.
Anna
zmieniła wiarę dwa lata temu. Ze ścian zdjęła krzyż i Matkę Boską.
W święta choinkę wyniosła z domu. Zamiast obiadu na kuchennym stole
czekały na Piotra nowe numery „Strażnicy”.
-
Pogodziliśmy się w te wakacje. Ty masz swoją wiarę, ja mam swoją, tak
pomyślałem. Teraz już koniec. Za to dziecko.
Nie
czuję złości do nikogo
W
domu pod lasem nie słychać ludzi ani zwierząt. W kuchni panuje półmrok.
Siostra Anny dokłada drew do pieca, jej matka szydełkuje w kącie. Dwoje
dzieci bawi się w milczeniu kłębkiem wełny.
-
Wiara pomogła mi żyć osiem lat z pijakiem - Anna siedzi przy nakrytym
ceratą stole. Wyprostowana, spokojna. - Te grzyby też po pijaku zbierał.
-
Płacz na pokaz nie jest potrzebny - wodzi palcem po stole. - Z chwilą śmierci
nic nie zostaje, to jest odwrotność życia. Jakby coś było, a teraz
nie ma. Żal tylko, że dziecka nie mogłam spokojnie pochować. W kaplicy
ubliżano mi. Jedna z kobiet pchnęła mnie na trumnę.
Mieszkańcy
miasteczka przestali Annie mówić „dzień dobry”.
-
Jestem jak trędowata, czasem próbuję zagaić, ale nikt nie odpowiada.
Kiedy wchodzę do sklepu, odsuwają się. Ale ja nie czuję złości do
nikogo. Ci ludzie nie znają prawdy. Żal mi ich.
Synka
wspomina z czułością.
-
Mądry był. Jak dzieci Hemana naśladowały, on mówił „To Jahwe
jest największy”. Nigdy go nie zostawiałam samego. Kiedy rano
wychodziłam po pieczywo, rysowałam Krzysiowi na kartce bochenek, żeby
wiedział, gdzie jestem.
Anna
uważa, że lekarze od początku zaniedbali leczenie. Przecież mówiła,
że dziecko jadło grzyby. Mogli się domyślić, że jeden nie był gołąbkiem.
A na transfuzję się nie zgodziła, bo i tak było za późno.
-
Mózg był już zaatakowany, źrenice nieruchome. Krew była niepotrzebna.
Przecież gdyby dostał tę krew, nie zmartwychwstałby. Wiem, że przy końcu
świata, po bitwie na polach Armagedonu, Jahwe wróci do życia
sprawiedliwych. I wtedy znów zobaczę mojego Krzysia. Wciąż widzę, jak
się z nim witam.
PS
Imiona i inicjały zostały zmienione.
Gazeta
Wyborcza nr 173, wydanie waw (Warszawa) z dnia 1996/07/26, dział KRAJ,
str. 4
Artur
Brykner, Gorzów Wlkp., amp
Nastolatek
uratowany po upadku z wieżowca
Transfuzja
z urzędu
Piętnastolatek
z Gorzowa przeżył upadek z dachu 11-piętrowego wieżowca. W szpitalu
jego rodzice - świadkowie Jehowy - nie zgodzili się na transfuzję krwi.
Przeprowadzono ją wbrew ich woli.
W
sobotę wieczorem w Gorzowie Wlkp. kilku chłopców bawiło się w
przeskakiwanie z dachu na dach dwóch wieżowców. Prawdopodobnie wyszli
na dach przez dziurę w ścianie korytarza łączącego na 11. piętrze
oba budynki. Przeskakiwali nad ponadmetrową czeluścią.
15-latek,
zwany w szkole „Kaskaderem”, nie dosięgnął przeciwnej
strony dachu. Spadł z wysokości ponad 30 m. Na szczęście - na krzaki.
Przeżył, choć stracił przytomność. Z poważnymi urazami głowy i rąk
trafił do szpitala. Stracił prawie połowę krwi. Lekarze zdecydowali,
że konieczna jest transfuzja.
Sprzeciwili
się rodzice chłopca. Tłumaczyli, że - jako świadkom Jehowy - nie
pozwala im na to religia. Według jej wyznawców krew nie może być
przetaczana, bo jest „siedliskiem życia”. Rodzice twierdzili,
że mogą sprowadzić z Krakowa preparat krwiozastępczy. Lekarze
przekonywali, że nie można czekać. Rodzice nadal się nie zgadzali.
Lekarze zwrócili się do prokuratora. Ten interweniował u sędziego sądu
rodzinnego. Jego decyzja umożliwiła zabieg.
Przebieg
wypadków znamy tylko nieoficjalnie. Personel szpitala nie chce o tym mówić.
Tylko jeden lekarz powiedział nam: - Transfuzja była jedynym wyjściem.
Liczyły się minuty. Ten lekarz powiedział nam wczoraj, że życie chłopca
nie jest już zagrożone.
Nie
udało nam się skontaktować ani z sędzią, który podjął decyzję,
ani z asystującym przy zabiegu prokuratorem.
-
Rodzice byli przeciw. To pogwałcenie ich praw obywatelskich - powiedział
nam wczoraj przez telefon mężczyzna, który przedstawił się tylko jako
świadek Jehowy. Zastrzegł, że mówi w imieniu rodziców rannego chłopca,
którzy odmawiają kontaktów z prasą. Dodał, że według jego
informacji chłopiec - kiedy odzyskał przytomność - także nie zgadzał
się na transfuzję.
Tak
samo twierdzi starszy zboru świadków Jehowy Daniel Kleczyński. Według
jego informacji rodzina chłopca na czas dostarczyła preparat krwiozastępczy.
- Zasady naszej religii bardzo podkreślają świętość krwi, która
jest darem od Boga. Kierujemy się zasadą, że należy słuchać Boga, a
nie ludzi - mówi Kleczyński. - Biblia wyraźnie zabrania transfuzji. Co
do zachowania lekarzy, uważam, że to jest sprawa ich sumienia. Wiedzą,
czy postąpili źle czy dobrze.
Prof.
Roma Rokicka-Milewska, warszawski pediatra i hematolog, powiedziała nam,
że gdy zachodziła potrzeba przetoczenia krwi dziecku świadków Jehowy,
sędzia rodzinny na wniosek prokuratora decydował o zawieszeniu praw
rodzicielskich i można było zrobić transfuzję. Jeśli na taką
procedurę nie było czasu - trzeba było ratować życie natychmiast -
trzej lekarze podpisywali oświadczenie o konieczności transfuzji.
-
Tak się dzieje w praktyce. Ale sprawa nie jest rozstrzygnięta. Wciąż
pytamy prawników, co robić w takiej sytuacji - dodaje prof. Rokicka.
Gazeta
Wyborcza nr 26, wydanie waw (Warszawa) z dnia 1998/01/31-1998/02/01, dział
KRAJ, str. 5
PAP,
pw
Religia
i transfuzja
Sąd
o krwi
Wbrew
woli rodziców - świadków Jehowy - a na wniosek lekarzy Sąd Rejonowy w
Rzeszowie wyraził zgodę na transfuzję krwi u rannej ośmioletniej
dziewczynki.
Dziewczynka
zraniła się w nogę na pękniętej szybie i straciła dużo krwi.
Lekarze z rzeszowskiego szpitala twierdzili, że tylko transfuzja może
uratować jej życie. Rodzice sprzeciwili się, argumentując, że
transfuzja jest sprzeczna z ich przekonaniami religijnymi. Lekarze zwrócili
się do sądu, który wydał postanowienie w pół godziny. Rodzice zdążyli
się jeszcze odwołać do sądu wojewódzkiego, ale ten oddalił ich zażalenie.
Prezes
sądu rejonowego Artur Kosturek mówi, że w ostatnich latach jest to
drugi taki przypadek.
Gazeta
Wyborcza nr 39, wydanie waw (Warszawa) z dnia 1999/02/16, dział ŚWIAT,
str. 6
ŚWIAT
W SKRÓCIE
FRANCJA
PRZETOCZENIE
KRWI młodemu mężczyźnie - świadkowi Jehowy, który nie wyrażał
zgody na ten zabieg - nakazał lekarzom prokurator w Montpellier. Świadkom
Jehowy religia nie pozwala na transfuzję. 22-letni mężczyzna trafił do
szpitala po wypadku samochodowym z licznymi złamaniami nóg. Zgody na
transfuzję nie wyraziła też matka. Gdy stan chorego się pogarszał,
ojciec, nie będący świadkiem Jehowy, zaalarmował policję i
prokuratora. Decyzja prokuratora pozwala lekarzom na przetoczenie krwi,
gdy ranny nie jest zdolny do sprzeciwienia się zabiegowi.
Gazeta
Wyborcza Wrocław nr 244, wydanie wrw (Wrocław) z dnia 2000/10/18, dział
AKTUALNOŚCI, str. 4
MAŁGORZATA
PORADA
Winna
matka czy anestezjolog
Z
SĄDU. Oskarżenie o spowodowanie śmierci dziecka do poprawki
Czy
Beata S., utrudniając leczenie swojej siedmioletniej córeczki, spowodowała
jej śmierć? Taka jest opinia ząbkowickiej prokuratury. Gorzej z
dowodami. Wrocławski Sąd Okręgowy uznał wczoraj, że zgromadzony przez
oskarżyciela materiał jest niekompletny i wymaga uzupełnienia.
Noemi
od urodzenia była chora na serce i nerki. W maju 1997 roku trafiła pod
opiekę wrocławskiej Kliniki Nefrologii Pediatrycznej, ale współpraca
matki z lekarzami układała się źle. Beata S. jest świadkiem Jehowy i
nie zgadzała się na niektóre zabiegi. Nie ufała lekarzom. Bała się
zostawiać córkę samą w szpitalu. W marcu 1999 roku sąd ograniczył
jej władzę rodzicielską. To szpital miał od tej chwili decydować,
kiedy i na jak długo matka może zabrać dziewczynkę do domu. Kurator
sprawujący nadzór nad rodziną podkreślał jednak, że Beata S. jest
matką troskliwą, dba o dzieci i zależy jej na leczeniu Noemi.
4
października 1999 roku Beata S. przywozi do szpitala córeczkę w stanie
agonalnym, ale nie zgadza się nawet na podanie tlenu. Gdy lekarz
telefonuje do sądu, odłącza Noemi od kardiomonitora i ucieka. Po dwóch
dniach przywozi córkę z powrotem. Konieczna jest hemodializa.
Dziewczynka trafia na blok operacyjny, gdzie ma mieć założony cewnik do
żyły udowej. Umiera w trakcie znieczulenia.
Prokuratura
ząbkowicka uznała, że matka, utrudniając leczenie, nieumyślnie
spowodowała śmierć Noemi. Jednak we wrześniu Sąd Rejonowy dla Wrocławia
Śródmieścia ocenił materiał dowodowy jako niekompletny, a zarzuty
postawione przez prokuraturę za zbyt ogólnikowe. Według prokuratury
Beata S. przywoziła Noemi niesystematycznie na badania kontrolne, a nie
ustalono nawet, jakie były terminy tych wizyt i kto je wyznaczał. Nie
przesłuchano świadków odłączenia Noemi od kardiomonitora w dniu 4 października.
W aktach sprawy nie było ani aktu zgonu, ani dokumentacji z przebiegu
znieczulenia. Sąd Rejonowy nakazał prokuraturze uzupełnić materiał
dowodowy. Prokuratura odwołała się do Sądu Okręgowego.
Na
wczorajszym posiedzeniu Sądu Okręgowego mec. Ryszard Woźniak, obrońca
Beaty S., sugerował, że do pospiesznego oskarżenia jego klientki
przyczyniła się nietolerancja religijna. - Prokurator tak się spieszył,
że zapomniał ustalić przyczynę zgonu dziecka - ironizował. - Nie zażądał
szczegółowej dokumentacji znieczulenia. Nie ustalił, jaki środek
podano i w jakich ilościach. A są to sprawy kluczowe. Nawet student II
roku prawa oceniłby, że rzeczywistym sprawcą śmierci dziecka był
lekarz anestezjolog - przekonywał. - Oskarżono zaś matkę, która przez
dwa lata pielęgnowała z poświęceniem córkę. Wykonywała w domu
zabiegi, które powinien robić szpital - dodał.
-
Analiza akt sprawy nie przysporzyła nam kłopotu. Nie przesłuchano
lekarza prowadzącego chorą. Zeznania innych świadków są lakoniczne.
Opinia biegłych niepełna. Nie można ustalić związku przyczynowego między
postępowaniem matki a śmiercią dziecka. W tym stanie sprawa nie nadaje
się do rozpatrzenia przez sąd - podsumowała sędzia pracę prokuratury
i utrzymała decyzję o zwrocie akt do poprawki.
Gazeta
Wyborcza Wrocław nr 208, wydanie wrw (Wrocław) z dnia 2000/09/06, dział
AKTUALNOŚCI, str. 3
MAŁGORZATA
PORADA
Kto
winien?
Z
SĄDU. Sprawa śmierci 7-letniej Noemi wróci do prokuratury
Przez
dwa lata Beata S. miała z pobudek religijnych utrudniać leczenie swej córeczki.
Noemi zmarła, a jej matka została oskarżona o nieumyślne spowodowanie
śmierci. Wczoraj wrocławski sąd zwrócił jednak prokuraturze akta
sprawy do uzupełnienia.
Braki
w zgromadzonym materiale dowodowym wytknął ząbkowickiej prokuraturze
mecenas Ryszard Woźniak, obrońca Beaty S. - Nie przeprowadzono sekcji zwłok
dziewczynki. Skoro zmarła na bloku operacyjnym w znieczuleniu ogólnym -
podnosił - to należało wyjaśnić, czy błędu nie popełnił
anestezjolog.
Sąd
nie tylko podzielił zdanie obrońcy, ale wytknął prokuraturze kolejne
braki. - Co to znaczy, że matka przywoziła dziecko niesystematycznie na
badania kontrolne? Nie wiemy, jak często miała to robić. Czemu biegli
nie otrzymali pełnej dokumentacji przebiegu choroby dziewczynki, karty
zgonu? - pytał sędzia Tomasz Kaszyca.
Strach
przed obcą krwią
Od
urodzenia ciężko chora na serce i nerki Noemi w maju 1997 roku trafiła
pod opiekę Kliniki Nefrologii Pediatrycznej wrocławskiej Akademii
Medycznej. Zimą 1998 roku stan dziewczynki pogorszył się. Trzeba było
podłączyć ją do sztucznej nerki i dokonać transfuzji. Matka, która
jest świadkiem Jehowy, nie zgodziła się na te zabiegi. Uważała, że
obca krew zabije jej dziecko. Lekarze musieli prosić sąd o zezwolenie na
przetoczenie krwi.
Wkrótce
Noemi trafia ponownie do kliniki w bardzo ciężkim stanie: ma zapalenie płuc
i niewydolność krążeniowo-oddechową. To wtedy w trakcie wyszczepiania
cewnika używanego do dializy otrzewnowej serce dziewczynki zatrzymuje się
i jest ona reanimowana. Konieczne jest przeprowadzenie hemodializy,
podanie tlenu i kuracja antybiotykami. Matka zabiera jednak Noemi ze
szpitala. Podpisuje oświadczenie: „Żądam wypisania dziecka do
domu mimo bardzo ciężkiego stanu zdrowia zagrażającego w każdej
chwili śmiercią dziecka”. Stacja dializ zawiadamia policję.
Nazajutrz Beata S. wraca jednak z córką do kliniki i zgadza się na
wszystkie zabiegi. Dziewczynka zostaje uratowana.
Wątpliwości
W
marcu 1999 roku sąd ogranicza władzę rodzicielską Beacie S. Rodzina
trafia pod nadzór kuratora. Ten w swoich sprawozdaniach podkreśla, że w
domu jest zawsze porządek, a dzieci - Beata ma jeszcze kilkunastoletniego
syna - zadbane. Beata zwierza mu się, że boi się zostawiać córkę samą
w szpitalu.
Aż
do jesieni wozi Noemi regularnie na badania kontrolne. We wrześniu nie
przyjeżdżają do kliniki. Po ostrej rozmowie z kuratorem Beata zawozi
tam Noemi dopiero 4 października.
Jak
zeznał lekarz dyżurny, wniosła Noemi na rękach do izby przyjęć. Stan
dziecka ocenił jako agonalny. Nie mogąc uzyskać od matki zgody na
zabiegi ratujące życie, telefonuje do sądu. W tym czasie Beata S. po
awanturze z pielęgniarkami odłącza córeczkę od kardiomonitora i
ucieka wraz z nią ze szpitala.
-
Jaka była przyczyna i przebieg tej awantury? Dlaczego matka odłączyła
dziecko od aparatury? Czemu nie godziła się na podanie tlenu? Nie wiemy,
bo nie przesłuchano pielęgniarek - wytykał prokuraturze sędzia Tomasz
Kaszyca. - Należy wyjaśnić, czy lekarze niczego nie zaniedbali. Przecież
sąd, ograniczając władzę rodzicielską Beacie S., postanowił, że może
ona zabierać dziecko ze szpitala tylko za ich zgodą - przypomniał.
Po
dwóch dniach karetka przywozi z powrotem Noemi. Aby przeprowadzić
hemodializę, konieczne jest podłączenie cewnika do żyły udowej. Na
bloku operacyjnym w trakcie znieczulenia ogólnego ustaje krążenie.
Reanimacja jest nieskuteczna.
Biegli
ocenili, że zabierając 4 października Noemi z kliniki, matka przyczyniła
się do wcześniejszej śmierci córeczki. - Czy to znaczy, że ją
spowodowała czy tylko przyspieszyła? - pytał wczoraj sędzia. A jeśli
spowodowała, to czy na pewno nieumyślnie? - drążył, przypominając o
oświadczeniu, które Beata S. napisała w styczniu 1999 roku.
A
może śmierci Noemi nie jest winien nikt? Jeden z lekarzy zeznał w
trakcie dochodzenia: „Ona była bardzo
poważnie chora i przy takim stanie zdrowia wszystko mogło się zdarzyć”.
Gazeta
Wyborcza nr 134, wydanie waw (Warszawa) z dnia 2002/06/11, dział KRAJ,
str. 7
BEATA
ŁABUTIN, OPOLE
Świadek
Jehowy odmówiła transfuzji krwi
Niepotrzebna
śmierć
Wczoraj
pochowano osiemnastoletnią Magdę z Wołczyna, która zmarła w sobotę w
kluczborskim szpitalu, bo nie zgodziła się na transfuzję krwi
Dziewczyna
trafiła do szpitala w czwartek po wypadku samochodowym. Na miejscu zginęła
jej 24-letnia siostra, ona sama miała obrażenia wewnętrzne i złamaną
miednicę. W szpitalu w Kluczborku (woj. opolskie) zajęto się nią
natychmiast.
-
Stan pacjentki był ciężki, ale istniała duża szansa uratowania jej życia
- mówi Janusz Kubów, dyrektor kluczborskiego Zespołu Opieki Zdrowotnej.
- Konieczna jednak była transfuzja krwi.
Pacjentka
straciła jej aż cztery litry, jednak odmówiła zgody na transfuzję.
Magda była świadkiem Jehowy - mimo namów lekarzy poinformowała ich, że
ze względów religijnych nie zgodzi się na przetoczenie krwi.
Od
transfuzji odstąpiono. W sobotę dziewczyna zmarła.
-
Zespół z chirurgii jest w rozpaczy, robili wszystko, żeby uratować jej
życie - mówi Kubów. - Decyzja dziewczyny była dla nich niezrozumiała,
ale uszanowali ją. Członkowie zboru nie mają do lekarzy żadnych
pretensji, przeciwnie, są wdzięczni za uszanowanie ich zasad. Pacjentka
była pełnoletnia. Gdyby nie miała osiemnastu lat, sprawa mogłaby się
potoczyć inaczej.
Mariusz
Pilecki, członek opolskiego zboru i rzecznik prasowy Towarzystwa Strażnica:
- Z medycznego punktu widzenia trudno ustalić na pewno, czy krew uratuje
życie, czy nie. Zasada o świętości krwi jest w Biblii.
Pytany,
czy po śmierci Magdy jej współwyznawcy nie czują niepokoju sumienia,
odparł: - Magda była dorosła, to była jej decyzja.
-
A jak pan by się zachował, gdyby pana dziecko znalazło się w podobnej
sytuacji? - pytali dziennikarze.
-
Nie wiem.
Dodał,
że wśród członków zboru są osoby przygotowane do współpracy z
lekarzami, zrzeszone w Komitecie Współpracy ze Szpitalami, gotowe
rozmawiać na temat leczenia świadków Jehowy środkami krwiozastępczymi.
Preparaty takie podano także Magdzie, w jej przypadku jednak jedynym
ratunkiem była transfuzja.
Gazeta
w Opolu nr 134, wydanie opo (Opole) z dnia 2002/06/11, str. 3
BEATA
ŁABUTIN
KLUCZBORK.
Tragedia w szpitalu
Odmówiła
transfuzji i zmarła
Wczoraj
pochowano osiemnastoletnią Magdę z Wołczyna, która zmarła w sobotę w
kluczborskim szpitalu, bo nie zgodziła się na transfuzję krwi.
Dziewczyna
trafiła do szpitala w czwartek po wypadku samochodowym. Na miejscu zginęła
jej 24-letnia siostra, ona sama miała obrażenia wewnętrzne i złamaną
miednicę. W szpitalu w Kluczborku zajęto się nią natychmiast.
-
Z relacji kolegów lekarzy wynika, że stan pacjentki był ciężki, ale
istniała duża szansa uratowania jej życia - mówi Janusz Kubów,
dyrektor kluczborskiego Zespołu Opieki Zdrowotnej. - Konieczna jednak była
transfuzja krwi.
Pacjentka
straciła jej aż cztery litry, jednak odmówiła zgody na transfuzję. Cały
czas była przytomna, poinformowała lekarzy, że ze względów
religijnych nie zgodzi się na przetoczenie krwi. Magda była świadkiem
Jehowy, a przy sobie miała oświadczenie przeznaczone dla służby
zdrowia z zastrzeżeniem dotyczącym leczenia krwią. „Żadnej
krwi” - głosił napis na oświadczeniu.
Lekarze
namawiali i samą Magdę, i jej rodzinę, by zmienili zdanie, ale
bezskutecznie. Od transfuzji odstąpiono. W sobotę dziewczyna zmarła.
-
To wielka tragedia przede wszystkim dla rodziny, ale i dla nas - mówi Kubów.
- Zespół z chirurgii jest w rozpaczy, robili wszystko, żeby uratować
jej życie. Decyzja dziewczyny była dla nich niezrozumiała, ale
uszanowali ją. Członkowie zboru nie mają do lekarzy żadnych pretensji,
przeciwnie, są wdzięczni za uszanowanie zasad. Pacjentka była pełnoletnia.
Gdyby nie miała osiemnastu lat, sprawa mogłaby się potoczyć inaczej.
Mariusz
Pilecki, członek opolskiego zboru i rzecznik prasowy Towarzystwa Strażnica,
pytany, czy ze względu na młody wiek Magdy nie można było odstąpić
od zasady odmowy leczenia krwią, powiedział: - Z medycznego punktu
widzenia trudno ustalić na pewno, czy krew uratuje życie, czy nie.
Czekamy na wyniki sekcji zwłok. Zasada o świętości krwi jest w Biblii.
Pytany,
czy po takiej śmierci współwyznawcy Magdy nie czują niepokoju
sumienia, Pilecki powiedział: - Magda była dorosła, to była jej
decyzja. Nie bardzo rozumiem, dlaczego bierze się pod uwagę zdanie członków
zboru.
-
A jak pan by się zachował, gdyby pana dziecko znalazło się w podobnej
sytuacji? - pytali dziennikarze.
-
Nie wiem - odpowiedział Pilecki.
Dodał,
że wśród członków zboru są osoby przygotowane do współpracy z
lekarzami, zrzeszone w Komitecie Współpracy ze Szpitalami, gotowe
rozmawiać na temat leczenia świadków Jehowy środkami krwiozastępczymi.
Preparaty takie podano także Magdzie, w jej przypadku jednak jedynym
ratunkiem była transfuzja.
DLA
GAZETY
Halina
Bednarczyk
prokurator
rejonowy z Kluczborka
Informację
o zgonie pacjentki otrzymaliśmy w poniedziałek. Już prowadzimy postępowanie
w sprawie wypadku, które ma wyjaśnić śmierć dwójki osób. Wyjaśnimy
także sprawę śmierci Magdy, która była poturbowana w wypadku i zmarła
w szpitalu. Aktualnie czekamy na dokumentację z komendy powiatowej
policji.
Jeszcze
jest za wcześnie, aby cokolwiek powiedzieć o tej sprawie. Dziewczyna była
pełnoletnia i sama mogła decydować o swoim życiu. Gdyby była niepełnoletnia,
prokuratura mogłaby wystąpić do sądu rodzinnego o zgodę na transfuzję
krwi.
Gazeta
w Opolu nr 135, wydanie opo (Opole) z dnia 2002/06/12, dział OD DRUGIEJ
STRONY, str. 2
ROZMAWIAŁ
MACIEJ T. NOWAK
Zgodnie
z wolą pacjenta
Maciej
T. Nowak: - Jak by pani postąpiła w sytuacji podobnej do tej, w jakiej
znaleźli się lekarze z Kluczborka, gdzie pacjentka, świadek Jehowy, nie
zgodziła się na transfuzję krwi, czego skutkiem była śmierć?
Danuta
Henzler, były rzecznik dyscyplinarny przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w
Opolu: - Według prawa nie możemy nic robić wbrew woli pacjenta. Każdy
ma prawo do wiary i do własnych ustaleń życiowych. Nie można nikomu
narzucać niczego siłą.
A
jak to się ma do przysięgi Hipokratesa?
-
A jak możemy postępować w sytuacji, gdy pacjent broni się rękami i
nogami? Jeżeli pacjent byłby niepełnoletni, możemy wystąpić do sądu
o zgodę na przeprowadzenie określonej operacji. Ale w tym przypadku mamy
do czynienia z osobą dorosłą, która do samego końca była przytomna.
Człowiek ma prawo stanowić o sobie. Taka postawa budzi we mnie wielki
sprzeciw moralny i etyczny. Nie mogę tego zrozumieć.
Czy
lekarze zachowali się zgodnie z wymogami zawodu?
-
Oczywiście, postępowanie lekarzy było jak najbardziej prawidłowe.
Gdyby transfuzję przeprowadzili niezgodnie z wolą pacjentki, ona mogłaby
im wytoczyć proces o to, że postąpili wbrew jej prawu decydowania o życiu
i zdrowiu.
Gazeta
Wyborcza nr 137, wydanie waw (Warszawa) z dnia 2002/06/14, dział TEMATY
DNIA, str. 2
NOT.
ES
Pytanie
o prawo do odmowy leczenia
W
sobotę w szpitalu w Kluczborku zmarła 18-letnia dziewczyna, która ze
względów religijnych (była świadkiem Jehowy) odmówiła zgody na
przetoczenie jej krwi. Olsztyński prokurator oświadczył w środę, że
jej decyzja w świetle prawa była samobójstwem. Zamierza zbadać, czy
nie była do niej nakłaniana. Czy brak zgody na zabieg medyczny ratujący
życie należy traktować jak samobójstwo? - pytamy prof. Marka Safjana,
w latach 1991-97 członka Komitetu ds. Bioetyki Rady Europy
-
Prawo do wyrażenia zgody na leczenie to podstawa nowoczesnego prawa
medycznego kierującego się zasadą poszanowania autonomii jednostki. Bez
zgody pacjenta lekarz wykonujący zabieg działa nielegalnie. Brak zgody,
nawet na zabieg ratujący życie, nie może być traktowany jako samobójstwo.
Nie wolno zmuszać człowieka do leczenia, podobnie jak nie wolno zmuszać
go do podejmowania innych, korzystnych dla niego decyzji. W tej sprawie,
gdzie brak zgody motywowany był względami religijnymi, nieuszanowanie
woli pacjentki mogłoby naruszyć jej prawo do wolności sumienia i
wyznania. Jednak trzeba pamiętać, że wola pacjenta powinna być wyrażona
świadomie. To znaczy, że lekarz ma obowiązek udzielić wyczerpującej
informacji na temat zabiegu, jego skutków i skutków jego niewykonania.
Musi mieć pewność, że pacjent jest w stanie go zrozumieć i podjąć
decyzję – jest przytomny i sprawny umysłowo.
Nie może to być decyzja podjęta pod presją, np. pod wpływem szantażu
czy groźby.
Gazeta
w Opolu nr 146, wydanie opo (Opole) z dnia 2002/06/25, dział JEDYNKA,
str. 1
MAN
Po
śmierci świadka Jehowy
Tylko
brat winny?
Prokuratura
nie będzie jednak sprawdzać, czy dziewczyna, która odmówiła
transfuzji krwi i zmarła, była nakłaniana do samobójstwa przez rodzinę.
Przypomnijmy:
ciężko ranna w wypadku samochodowym pod Kluczborkiem 18-letnia Magda świadomie
nie zgodziła się na przetoczenie krwi ze względów religijnych, gdyż
świadkowi Jehowy nie wolno tego czynić. Kilka dni po tragedii rzecznik
prokuratury Roman Wawrzynek mówił, że sprawdzone zostanie, czy obecni
przy umierającej dziewczynie członkowie rodziny nie nakłaniali jej do
samobójstwa poprzez utwierdzanie w wierze.
Wg
nadzorującej sprawę prokurator Haliny Bednarczyk z Kluczborka nie może
już być mowy o samobójstwie, a tym samym o nakłanianiu do niego. -
Okazało się, że Magda zgodziła się na przeprowadzenie operacji, za
wyjątkiem transfuzji krwi. Zatem chciała się leczyć, a nie popełnić
samobójstwo - twierdzi Bednarczyk.
Postępowanie
prokuratury toczy się więc tylko w sprawie wypadku, w którym zginęły
trzy osoby. Kierowca, brat Magdy, nadal przebywa w szpitalu, ma poważne złamania.
Obrażenia uniemożliwiają przesłuchanie go poza szpitalem.
Prokuratura
przedstawi mu zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku, w którym zginęły
dwie osoby. Zarzut może być uzupełniony o śmierć trzeciej osoby. Zależy
to od tego, czy okaże się, że Magda w wypadku doznała takich obrażeń,
które spowodowały jej śmierć.
Gazeta
w Opolu nr 257, wydanie opo (Opole) z dnia 2002/11/04, dział JEDYNKA,
str. 1
MACIEJ
T. NOWAK
Z
PROKURATURY. Odmówiła transfuzji krwi i zmarła
Za
tragiczny wypadek
Tomasz
B. odpowie przed sądem za spowodowanie wypadku, w którym zginęły dwie
osoby. Trzecia, jego siostra Magda, zmarła w szpitalu po tym, jak odmówiła
transfuzji krwi
Prokuratura
Rejonowa w Kluczborku zakończyła właśnie śledztwo w tej sprawie. Do
tamtejszego sądu skierowano akt oskarżenia 23-letniego Tomasza B., który
spowodował wypadek. „Zarzuciliśmy mu nieumyślne naruszenie zasad
ruchu drogowego. Zaznaczam, że w momencie zdarzenia był trzeźwy”
- powiedział „Gazecie” prokurator Henryk Nowicki, prowadzący
śledztwo.
„Doprowadził
do śmierci dwóch osób. U trzeciej osoby spowodował obrażenia, które
były przyczyną śmierci” - dodał.
Do
tragicznego wypadku doszło na początku czerwca tego roku w okolicach
Kluczborka. Tomasz B. kierował polonezem, w którym jechały także jego
dwie siostry. Jechał jednak za szybko. Na łuku drogi stracił panowanie
nad samochodem i zjechał na przeciwległy pas. Tam potrącił przejeżdżający
samochód, a następnie czołowo zderzył się z audi.
Na
miejscu zginęła osoba jadąca audi oraz siostra oskarżonego. Drugą
siostrę: 18-letnią Magdę B., przewieziono do szpitala. Lekarze oceniali
stan pacjentki jako ciężki, ale była szansa na jej uratowanie.
Dziewczyna
zmarła po dwóch dniach, gdyż świadomie nie zgodziła się na
przetoczenie krwi ze względów religijnych. Była świadkiem Jehowy, a im
nie wolno tego czynić. Lekarze namawiali Magdę na zmianę decyzji, zaś
rodzina utwierdzała w wierze.
Po
tym zdarzeniu w kraju rozgorzała dyskusja, czy lekarze postąpili słusznie,
akceptując decyzję dziewczyny.
Prokuratura
zastanawiała się nawet nad sprawdzeniem, czy obecni przy umierającej
dziewczynie członkowie rodziny nie nakłaniali jej do samobójstwa
poprzez utwierdzanie w wierze. Szybko jednak odrzucono tę hipotezę, gdyż
dziewczyna zgodziła się na leczenie, nie wyraziła tylko zgody na
przetoczenie krwi.
Sam
oskarżony ze złamaną nogą też leżał w szpitalu, później jednak
wyszedł na własną prośbę.
„To
jedna wielka tragedia” - komentuje prokurator Nowicki.
Oskarżonemu
Tomaszowi B. grozi kara pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do ośmiu
lat.
Gazeta
w Opolu nr 42, wydanie opo (Opole) z dnia 2003/02/19, dział WYDARZENIA,
str. 3
MACIEJ
T. NOWAK
WYROK
po tragicznym wypadku
Za
śmierć swoich sióstr
Tomasz
B. spędzi w więzieniu trzy lata za to, że spowodował wypadek drogowy,
w którym na miejscu zginęły dwie osoby. Trzecia, jego 18-letnia siostra
Magda, zmarła w szpitalu po tym, jak nie zgodziła się na transfuzję
krwi ze względów religijnych
Prokuratura
Rejonowa w Kluczborku oskarżyła 23-letniego Tomasza B., który prowadził
samochód, o nieumyślne naruszenie zasad ruchu drogowego. „B.
doprowadził do śmierci dwóch osób. U trzeciej osoby spowodował obrażenia,
które były przyczyną śmierci” - powiedział
„Gazecie” prokurator, zaznaczając jednocześnie, że kierowca
był trzeźwy.
Wyrok
w tej sprawie zapadł w Sądzie Rejonowym w Kluczborku. Tomasza B. skazano
na trzy lata więzienia i pięcioletni zakaz prowadzenia pojazdów.
„Oskarżony przyznał się i nie kwestionował swojej winy” -
powiedział nam sędzia Ignacy Sołtys.
Przy
orzekaniu kary sędzia wziął pod uwagę to, że kierowca jechał z
nadmierną prędkością, której nie dostosował do panujących warunków
na drodze. Tego dnia padała mżawka. Ponadto stan techniczny samochodu był
bardzo zły. „Sąd uznał, że stopień społecznej szkodliwości
takiego zachowania jest bardzo duży” - wyjaśnił sędzia Sołtys.
Zakręt,
na którym doszło do wypadku, jest bardzo niebezpieczny (obecnie tzw.
czarny punkt).
Tragiczny
wypadek zdarzył się na początku czerwca ub.r. w okolicach Kluczborka.
Tomasz B. kierował polonezem, w którym jechały także jego dwie
siostry. Na łuku drogi stracił panowanie nad samochodem i zjechał na
przeciwległy pas. Tam potrącił przejeżdżający samochód, a następnie
czołowo zderzył się z audi.
Na
miejscu zginęła osoba jadąca audi oraz siostra oskarżonego. Drugą
siostrę: 18-letnią Magdę B., przewieziono do szpitala. Lekarze oceniali
stan pacjentki jako ciężki, ale była szansa na jej uratowanie.
Dziewczyna
zmarła po dwóch dniach, gdyż świadomie nie zgodziła się na
przetoczenie krwi ze względów religijnych. Była świadkiem Jehowy.
Lekarze namawiali Magdę na zmianę decyzji, zaś rodzina utwierdzała w
wierze.
Po
tym zdarzeniu w kraju rozgorzała dyskusja, czy lekarze postąpili słusznie,
akceptując decyzję dziewczyny.
Prokuratura
zastanawiała się nawet nad sprawdzeniem, czy obecni przy umierającej
dziewczynie członkowie rodziny nie nakłaniali jej do samobójstwa
poprzez utwierdzanie w wierze. Szybko jednak odrzucono tę hipotezę, gdyż
dziewczyna zgodziła się na leczenie, nie wyraziła tylko zgody na
przetoczenie krwi.
Takiego
wyroku, jaki zapadł w sądzie, domagała się prokuratura. Obrońca
Tomasza B. chciał kary w zawieszeniu, tłumacząc, że w wypadku zginęły
dwie siostry oskarżonego i to jest dla niego wystarczającą karą.
Wyrok
jest nieprawomocny.
Marie
Claire - sierpień 2002
(Poniższy
artykuł jest tekstem autorskim pana Tomasza Lipko, który w wersji
elektronicznej udostępniamy dzięki uprzejmości właściciela strony
http://warsaw.com.pl/brooklyn/)
|
Całą
Polską wstrząsnęła niedawno śmierć 18 - letniej Magdy B. z
niewielkiej miejscowości Wołczyn pod Opolem. Młoda Jehowitka
uratowana z wypadku samochodowego odmówiła przyjęcia krwi, czym
praktycznie skazała samą siebie na śmierć. Co roku, na własne
życzenie, umiera w ten sposób w całym kraju co najmniej kilka
osób.
Wracali
z zakupów w Opolu, spieszyli się na zebranie modlitewne w Wołczynie.
Kiedy na miejsce tragedii, aby rozrywać sprasowane karoserie
samochodów, przyjechała pierwsza ekipa ratowników, strażacy
zanim jeszcze wyskoczyli ze swojego samochodu słyszeli rozdzierający
krzyk Magdy: "Żadnej krwi!!!" Była przytomna, w połowie
zmiażdżona, w potwornym szoku, ale wiedziała co się z nią
dzieje. I tylko te dwa słowa wykrzykiwała jak pożegnalną mantrę.
|
Akcja
ratownicza trwała dwadzieścia minut. Tyle potrzebowało pięciu
muskularnych chłopów, żeby za pomocą spalinowych nożyc rozerwać
odpowiedni otwór - taki, przez który można było wyciągnąć dwie
konające we wraku dziewczyny. Kiedy do akcji wkroczyli czekający jak na
szpilkach lekarze, 24 - letnia Sylwia już nie żyła. Siostra
Sylwii, Magda, w krytycznym stanie została natychmiast przewieziona do
odległego o 10 km szpitala w Kluczborku. Pędzący na sygnale ambulans
pokonał tę drogę w kilka minut, ale właśnie wtedy przerażeni
sanitariusze i lekarz znaleźli przy Magdzie zakrwawiony dowód z niewielką
białą kartką i rzucającym się w oczy napisem "ŻADNEJ
KRWI".
To,
co przeczytali dalej, drobnym drukiem potwierdziło ich najgorsze
przypuszczenia:
"Oświadczam,
że nie zgadzam się na żadną formę transfuzji krwi: przetaczanie
krwi pełnej, plazmy, krwinek czerwonych, krwinek białych, krwinek płytkowych,
nawet gdyby ich użycie było niezbędne dla ratowania mojego życia.
Jestem Świadkiem Jehowy i chcę być posłuszny nakazom Biblii.
Uwalniam lekarzy oraz szpital od odpowiedzialności."
Identyczne
kartki, tyle, że w różnych językach każdego dnia nosi przy sobie 6
milionów Świadków Jehowy na całym świecie. I choć ponad tysiącstronicowa
Biblia mówi o krwi tylko w paru zdaniach ( Nowy Testament, dzieje
Apostolskie, 15.29: "Powstrzymajcie się od ofiar składanych bożkom,
od krwi, od tego, co uduszone, i od nierządu. Dobrze uczynicie, jeżeli
powstrzymacie się od tego. Bywajcie zdrowi!") to znani z dosłownego
interpretowania Pisma Świętego Jehowici, uznają zakaz spożywania i
przyjmowania do organizmu krwi jako jedną z najważniejszych zasad swojej
religii, traktują go na równi z takimi przykazaniami, jak "nie
kradnij", "nie zabijaj", "nie cudzołóż".
To,
co działo się przez najbliższych parę godzin po przywiezieniu Magdy do
szpitala w Kluczborku znamy tylko z relacji świadków. Wiadomo, że
niemalże natychmiast po przewiezieniu dziewczyny na blok operacyjny
wybuchła awantura miedzy lekarzami a przybyłą rodziną oraz współwyznawcami
Magdy. Zanim strażacy wyciągnęli ją ze zmiażdżonego samochodu, Magda
co najmniej pół godziny wykrwawiała się zatrzaśnięta w kleszczach
pogiętej karoserii. Straciła w tym czasie cztery litry krwi i już tylko
transfuzja pozostawała skuteczną metodą ratowania życia. Część
zaangażowanych w akcję ratunkową lekarzy straciło panowanie nad sobą,
kiedy przybyła do szpitala rodzina i powtórzyła słowa wykrzyczane
przez Magdę zaraz po wypadku. Brat czuwający przy łóżku siostry usłyszał
w końcu od jednego z lekarzy: "wypierdalaj stąd!", inni
chcieli podobno wyrzucić za bramę także matkę z resztą rodzeństwa i
szybko przeprowadzić operację.
Wtedy
pojawili się Jehowici z Komitetu. Niektórzy nazywają ich "facetami
w czerni". Są postrachem wśród lekarzy w całej Polsce, właściwie
na całym świecie. Szóstego czerwca tego roku poznali ich lekarze z
Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Kluczborku.
-
Trzech elegancko ubranych dżentelmenów w czarnych garniturach i śnieżnobiałych
koszulach pod krawatem - opisuje mi ich doktor Andrzej Szczepanik, który
wykonuje skomplikowane operacje w warszawskim Instytucie Hematologii. W ciągu
kilkunastu lat praktyki zdążył dobrze poznać tych ludzi. To współwyznawcy,
tyle, że odpowiednio przeszkoleni.
-
Grzeczni, choć bardzo stanowczy. Zjawiają się zaraz po tym, jak w
szpitalu pojawi się Świadek Jehowy. Trzymając w ręku Konstytucję oraz
Ustawę o Wykonywaniu Zawodu Lekarza domagają się kontaktu z chorym.
Bywały
wypadki, że dopiero w tydzień po nich zjawiała się rodzina. Leżący
obok chorzy opowiadali później, jak stanowczo zakazywali korzystania z
jakiejkolwiek transfuzji. Nie pamiętam sytuacji, żeby po takim spotkaniu
pacjent zgodził się na jakąkolwiek transfuzję. "Panowie w
czerni" bezszelestnie wychodzą dziękując nam grzecznie. Często już
po śmierci swojego brata, jak nazywają odwiedzanego pacjenta.
- Komitet Łączności ze szpitalami, tak brzmi właściwa funkcja tych
ludzi - mówi mi Mariusz Pilecki z olsztyńskiego zboru Świadków
Jehowy - rzeczywiście pojawili się w kluczborskim szpitalu zaraz po
wypadku, ale taka jest ich rola - umacniać naszych braci w wierze i w ich
postanowieniach. Komitety Łączności ze Szpitalem wzywamy wtedy, kiedy
istnieje niebezpieczeństwo pogwałcenia woli chorego współwyznawcy.
Rzeczywiście
szóstego czerwca w Kluczborku wszystko wskazywało na to, że wola
umierającej Magdy nie zostanie uszanowana. Kiedy pyskówka z członkami
komitetu i z rodziną trwała w najlepsze, i wiadomo już było, że
dziewczyna nie przeżyje, jeżeli czekający na sali operacyjnej
plastikowy woreczek z krwią wróci do chłodni, zdesperowany ordynator
oddziału chirurgii poleciał do kierowców i kazał im pędzić na
sygnale do pobliskiego liceum ekonomicznego. Wyrwane z lekcji dziewczyny
miały namówić ciągle przytomną Magdę do zmiany decyzji. Z relacji świadków
wynika, że przed drzwiami szpitalnej sali zatrzymali je członkowie
rodziny Magdy. Przeżywali ogromną tragedię i dodatkowo jeszcze wielki
stres. Przed chwilą zginęła jedna siostra, druga w stanie agonalnym leżała
na stole operacyjnym i mieli przeciwko sobie cały personel
szpitala. Szeregowi pracownicy wyzywali ich od morderców.
-
Dużo jest naokoło ludzi, którzy to nasze ciężkie życie uznają za
największą wartość - mówi mi Ewelina, siostra Magdy, 17-letnia
blondynka o dłoniach zniszczonych już od pracy w polu - rozumiem ich,
ale nie jestem w stanie myśleć tak, jak oni. Wiedzieliśmy, że to właśnie
jest ten moment, w którym razem z Magdą musimy dochować wierności
Bogu.
Rodzina
cały czas wierzyła, że Magdę uda się uratować.
Tadeusz
Wiwatowski jest pięćdziesięcioletnim lekarzem współpracującym z
kilkudziesięcioma szpitalami w całej Polsce. Pomagał w wyjątkowo
skomplikowanych operacjach, uratował co najmniej kilkanaście istnień
ludzkich. Od trzydziestu lat jest Jehowitą. Jego oficjalna funkcja to
kierownik informacji o szpitalach dla Świadków Jehowy. W praktyce
nadzoruje prace kilkudziesięciu działających w Polsce komitetów łączności
ze szpitalami. Można powiedzieć, że jest naczelnym "facetem w
czerni". Kiedy dowiaduje się o wypadkach takich, jak pod Wołczynem
wsiada do swojego wysłużonego czterocylindrowego forda mustanga i przez
całą Polskę pędzi do szpitala. W bagażniku ma podręczną
lodówkę z dezmopresyną, kwasem aminokapronowym, perfluorowęglodorami,
koloidami i krystaloidami. To syntetyczne płyny zwiększające objętość
krwi, środki zapobiegające krwawieniu i pomagające w krzepnięciu krwi.
Doktor Wiwatowski jest jednym z lepiej wykształconych specjalistów w
branży, o jego umiejętnościach niejednokrotnie w samych superlatywach
wypowiadał się prof. Religa. Wiadomość o wypadku Magdy dotarła do dr
Wiwatowskiego wewnętrznymi kanałami w momencie, kiedy dziewczyna była
przygotowana do operacji na bloku operacyjnym. Skontaktował się
natychmiast z lekarzem dyżurnym szpitala w Kluczborku.
-
Kiedy spytałem lekarza dyżurnego jak można jeszcze dziewczynie pomóc
unikając przetoczenia krwi odpowiedział mi, że wszystkie możliwości
zostały już wyczerpane. Oprócz licznych obrażeń wewnętrznych Magda
miała zmiażdżone kości, mimo wysiłków lekarzy z nóg wciąż sączyła
jej się krew. Jedyne, co mogłem im doradzić to tzw. drenaż
pooperacyjny, czyli pracochłonne odzyskiwanie krwi wypływającej z
rozległych ran i wprowadzanie jej z powrotem do organizmu.
Jednocześnie
podawana dożylnie erytropoetyna miała przyśpieszać wytwarzanie
czerwonych krwinek. I rzeczywiście - robione na bieżąco analizy pokazały,
że w pewnym momencie ilość czerwonych krwinek zaczęła się podnosić.
-
Niestety, jeżeli człowiek nagle straci cztery litry krwi, nie można
uratować mu życia inaczej, niż poprzez transfuzję - tłumaczy mi
docent Jan Sabliński, szef Krajowego Centrum Krwiodawstwa - mimo pięćdziesięciu
lat eksperymentów i gigantycznych pieniędzy do dziś nie udało się
wytworzyć żadnego środka zastępczego, który pozwoliłby spełniać
podstawową rolę krwi - transport tlenu po całym organizmie. Kolejne
nowe preparaty wciąż przynoszą w badaniach klinicznych kolejne ofiary
śmiertelne.
-
Do końca była świadoma, że może umrzeć - mówi Dorota,
starsza siostra, która do końca czuwała przy łóżku Magdy -była
spokojna, nie panikowała. Choć była pod działaniem mocnych środków
narzekała, że bolą ją nogi.
Miała
na tyle siły, żeby uspokajać bliskich, którzy przychodzili do niej z
zapuchniętymi oczami. Sławka - jej wiosenną, prawdopodobnie pierwszą w
życiu miłość chwyciła za rękę i przytuliła do twarzy zapewniając,
że się wyliże. Była silna fizycznie. Dbała o swoje ciało. Codziennie
uprawiała gimnastykę dla zachowania pięknej figury: brzuszki, skłony,
rozciąganie. Cały czas obok stołu operacyjnego czekał w lodówce
worek z gotowymi czterema litrami krwi do przetoczenia. Pielęgniarka płacząc
odniosła go do chłodni. Dzięki nadludzkiemu wysiłkowi zespołu
chirurgów Magda przeżyła na sali pooperacyjnej jeszcze dwa dni.
O
śmierci Magdy przez dwa dni mówiły wszystkie media. W czasie
prowadzonej na żywo dyskusji w audycji Trójki "Za a nawet
przeciw" w pewnym momencie zadzwoniła roztrzęsiona lekarka z
warszawskiego Instytutu Hematologii:
"Takich
tragedii w całym kraju są dziesiątki, tyle, że nikt o nich nie mówi.
Niedawno przywieziono do nas trzydziestoletniego chłopaka z wypadku,
który wymagał natychmiastowej transfuzji. Był nieprzytomny. Pech
chciał, że wypadł mu dowód osobisty z tym ich oświadczeniem.
Przeklinam ten moment, w którym wzięłam tę kartkę do ręki
i zadzwoniłam pod podany numer. Momentalnie zjawił się ich lekarz i
do końca, przez 24 godziny na dobę pilnował, żeby pacjent nie
przyjmował krwi. Cały zespół lekarzy dosłownie kipiał ze
zdenerwowania, ludzie roztrzęsieni wracali do domu, ale Jehowici nie
dali się przekonać. Gdyby nie ci ludzie, sama bym przetoczyła tę
krew, która była przygotowana, a pacjent zupełnie zdrowy wyszedłby
za parę dni do domu, do żony i dzieci, które na niego czekały.
Tymczasem rodzina zamiast go ratować, patrzyła jak umiera. Pacjent 7
dni leżał nieprzytomny, umierał w mękach, krew miał tak
rozcieńczoną preparatami, że to praktycznie była woda. Do dziś
nie mogę sobie tego darować, do tej pory mam potworne myśli."
W
Instytucie Hematologii udaje mi się złapać miedzy operacjami kilku
chirurgów z podobnymi doświadczeniami zawodowymi.
-
W środowisku lekarskim wcale nie ma w tej sprawie jednomyślności.
- mówi jeden z nich - To jedna ze spraw, o które najbardziej kłócimy
się przy wódce. I wielu moich kumpli mówi otwarcie, że jeżeli na nich
padnie, to pogonią komitet kijem, przetoczą krew i jeszcze wygrają
sprawę w sądzie.
Polskie
prawo nie zezwala jednak na przeprowadzanie jakichkolwiek zabiegów
chirurgicznych, nawet, gdyby miały ratować życie, wbrew woli pacjenta.
Dlatego już teraz prawie cały Instytut Hematologii mówi o spodziewanym
pacjencie, dziewięcioletnim chłopcu, którego czeka nieuchronna,
skomplikowana operacja śledziony. Jego rodzice, jehowici, stanowczo
zastrzegli, że nie może być mowy o jakimkolwiek przetaczaniu krwi, co
przy tego typu operacji może skończyć się zgonem na stole operacyjnym.
-
Jeszcze do niedawna dużym ułatwieniem, poniekąd nawet rozwiązaniem
całego problemu, były autotransfuzje - mówi mi dr Szczepanik - w
odpowiednim czasie przed operacją pobieraliśmy pacjentowi krew, by
zwrócić mu ją właśnie w czasie operacji. Niestety, ostatnio
prawdopodobnie do głosu doszli ortodoksi, bo jehowici odmawiają już
nawet takiej formy transfuzji. Coraz częściej w takich
chwilach zostaje nam już tylko jedno, niestety dobrze znane
uczucie - bezsilna wściekłość. Niedawno mieliśmy przypadek
pacjenta z żylakami przełyku. Wrzody w jego gardle krwawiły bez
przerwy. To niebywale groźne powikłanie zapalenia wątroby,
obarczone nawet 50 proc. śmiertelnością w normalnych
warunkach. Niepodanie krwi podczas niezbędnej operacji jest
praktycznie świadomym i powolnym zarzynaniem chorego człowieka.
Operacja została przeprowadzona, bo nie było dla niej alternatywy,
ale po podaniu narkozy pacjent już się nie obudził.
-
Bywają straszne dramaty z płaczem i krzykami niemalże na cały
szpital - opowiada Wojciech Jaśkowiak, chirurg - pamiętam sytuację,
gdzie jedynym Świadkiem Jehowy w rodzinie była matka. Ojciec i
dzieci byli katolikami. Dzieci płakały błagając matkę na
kolanach, żeby zgodziła się na transfuzję. Mąż namawiał mnie do
oszustwa i przetoczenia bez zgody swojej żony. Po kolejnej rozdzierającej
wizycie dzieciaków zawołała mnie i powiedziała "nadal się
nie zgadzam, ale niech pan robi, co pan uważa za stosowne".
-
To prawda, zdarzają się takie wypadki - mówi Michał Hoszowski,
ze służb prasowych Towarzystwa Biblijnego "Strażnica"
(oficjalna nazwa kościoła Jehowitów w Polsce) - to grzech ciężki,
ale zawsze pozostaje nadzieja wybaczenia. Po takich operacjach tym ludziom
bardzo potrzebna jest opieka nie tyle lekarska, co duchowa. I taką opieką
pasterską są przez nas otaczani.
Bywały
przypadki awantur dużo gorszych, niż ta w kluczborskim szpitalu.
-
W 1967r podczas porodu konieczna okazała się u mojej matki
transfuzja krwi - pisze mi w mailu Jehowita z drugiego końca Polski
prosząc o anonimowość - moja matka będąca ŚJ oczywiście odmówiła
przyjęcia krwi. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna,
spanikowani lekarze w szpitalu wywierali na nią bardzo silny i
brutalny nacisk, łącznie z krzykiem, wyzwiskami, obelgami i groźbami.
Matka zdania nie zmieniła, ostatkiem sił podpisała wtedy oświadczenie
zwalniające lekarzy z pełnej odpowiedzialności za jej decyzję.
Ordynator podobno płakał jak dzieciak. Mama była już w stanie śmierci
klinicznej. Cudem przeżyła, co więcej, jak wykazały późniejsze
badania od urodzenia miała źle określoną grupę krwi. Gdyby
dokonano transfuzji musiałaby umrzeć.
Przypadki,
w których udaje się przekonać Jehowitę do przyjęcia krwi, choć
zdarzają się, są tylko sporadycznymi wyjątkami, które zresztą,
jak podkreślają lekarze, zdarzają się coraz rzadziej. Dlatego też
polscy lekarze, zwłaszcza, kiedy walczą o życie umierających Jehowitów,
coraz częściej decydują się korzystać z doświadczeń swoich amerykańskich
kolegów. Wykorzystują ekspresowe procedury sądowe i pozbawiają rodziców
praw rodzicielskich na trzy - cztery godziny. Dokładnie tyle, ile trwa
operacja.
Jeden
z najbardziej spektakularnych polskich procesów wzorowanych na amerykańskiej
procedurze odbył się cztery lata temu w Rzeszowie. Kilkuletnia córka małżeństwa
Jehowitów wyjątkowo nieszczęśliwie zraniła nogę o pękniętą szybę,
straciła bardzo dużo krwi. Lekarze ze szpitala twierdzili, że tylko
transfuzja może uratować jej życie. W obliczu śmierci swojego dziecka
rodzice absolutnie zakazali przetaczania krwi. Czasu było coraz mniej,
dziecko umierało. Zdesperowani lekarze błyskawicznie zwrócili się do sądu,
który wydał postanowienie w pół godziny zezwalając na transfuzję
wbrew woli rodziców. Ci zdążyli się jeszcze odwołać do sądu wojewódzkiego,
ale ten oddalił ich zażalenie. Dziecko zostało
uratowane.
Podobne orzeczenia sądy wydawały później także w przypadku osób
dorosłych, choć, jak mówią psychologowie przetoczenie krwi wbrew woli
głęboko wierzącego człowieka może być dla niego szokiem, porównywalnym
do uczucia towarzyszącego gwałtowi.
|
Matka
18 - letniej Magdy musiała wyjechać z Polski do rodziny za
granicą. Jak mówią mi siostry Magdy nie wytrzymała psychicznie
nagonki niektórych sąsiadów, którzy na ulicy wyzywali ją od
morderców własnej córki. Ojciec, który nie chce rozmawiać z
prasą został sam z rodziną
mniejszą
o dwie osoby. W zborze Wołczyn współwyznawcy podkreślają
ogromną religijność tej rodziny. - Mamy regularne
spotkania 3 razy w tygodniu - mówi mi starszy zboru, rumiany sześćdziesięciolatek,
pan Czesław - zanim wybudowaliśmy swoją salę na każde
spotkanie trzeba było pokonać 15 km do pobliskiej Dąbrówki.
I Magda chodziła tam piechotą trzy razy w
tygodniu.
I w skwar, i w deszcz, i brnąc zimą przez zaspy. My upchaliśmy
się jakoś do malucha, ale ich nie dało już rady podwieźć.
Polskie
Biuro Oddziału Świadków Jehowy, Nadarzyn pod Warszawą. Na
czterech hektarach rozciąga się, ogrodzony i strzeżony przez
kamery telewizji przemysłowej, ogromny kompleks nowoczesnych
budynków. Nosi nazwę Dom Boży. Każdy może go obejrzeć od środka
w regularnych wycieczkach z przewodnikiem. To żyjące swoim
życiem miasto. Oprócz pomieszczeń gospodarskich są tu
warsztaty samochodowe, drukarnia, studio nagrań, magazyny, chłodnie,
pracownie rzemieślnicze, oddział ekspedycyjny z rzędem ciężarówek.
Dom Boży (Betel) czuwa nad 130 tys.
ŚJ
w całej Polsce. To tu znajdują się najwyżsi rangą w
hierarchii ŚJ. Poprzez Dom Boży w Nadarzynie, z polskimi ŚJ,
porozumiewa się centrala na nowojorskim Brooklynie.
Stu
kilkudziesięciu Jehowitów pracuje tu dzień i noc kompletnie za
darmo, mają zapewniony jedynie wikt i opierunek.
|
"Świadkowie
Jehowy" to nazwa, jaką przyjęła w 1931 r. większość
wspólnoty Badaczy Pisma Świętego, założonej w 1874 r. przez
Amerykanina Charlesa T. Russela (1852-1916). W Polsce są trzecią
pod względem liczebności wspólnotą wyznaniową. W ciągu
swojej dwustuletniej historii wiele razy dawali przykład
bohaterskiego przywiązania do wyznawanych zasad. Owa nieustępliwość
ponad pół wieku temu doprowadziła do białej gorączki
kierownictwo III Rzeszy z samym Hitlerem na czele. W czasach
największego terroru Jehowici (część mogą oddawać tylko
Jehowie) nie godzili się pozdrawiać nikogo obowiązkowym
"heil Hitler". Otwarcie przyznawali, że nie uznają
przywództwa fuhrera, ani NSDAP (działalność polityczna jest
dla nich zamknięta). Przede wszystkim jednak zgodnie z Pismem
Świętym Jehowici masowo odmawiali służby wojskowej, pracy w
fabrykach zbrojeniowych czy nawet kopania okopów. Byli zsyłani
całymi zborami do obozów koncentracyjnych, gdzie zgodnie ze
swoim obowiązkiem nadal głosili wśród więźniów Pismo Święte.
Przemycali ręcznie pisane Biblie wielkości pudełka zapałek,
nawracali ludzi w barakach. Byli jedyną grupą wyznaniową
oznaczoną w hitlerowskich obozach koncentracyjnych specjalną
odznaką - fioletowym trójkątem.
|
Adrian,
informatyk i dwie Anity, tłumaczki, uśmiechnięte, sympatyczne
dziewczyny między swoimi zajęciami znajdują chwilę czasu na rozmowę
ze mną. Pokazują mi oświadczenia "ŻADNEJ KRWI", jakie zawsze
mają przy sobie. - Jesteś
pewien,
że zachowałbyś się tak, jak Magda? - pytam Adriana. - Nigdy
nie będę pewien, dopóki i mnie nie spotka taka sytuacja. Wiem tylko, że
bardzo bym chciał do śmierci dotrzymać wierności zasadom.
-
Czy modlicie się teraz za Magdę?
-
Nasza religia stanowi, że wraz ze śmiercią człowieka przyszłość
jego duszy jest już przez Boga wytyczona. Teraz możemy już się modlić
tylko za jej bliskich, żeby dobry Bóg wsparł ich w ogromnym nieszczęściu.
-
Wiemy, że niektórzy ludzie traktują nas z nieufnością, bo chodzimy
po mieszkaniach, zaczepiamy ludzi, mówimy o Bogu, o śmierci, o tym, jak
żyć - tłumaczy mi Anita, kiedy rozmowa zdążyła już zejść na
inne tematy - tacy jesteśmy. Ale myślę, że bez względu na wyznanie
i przekonania innych ludzi Magda zasługuje na ogromny szacunek. W
czasach, kiedy dominująca część społeczeństwa poświęca się
robieniu kariery, często po trupach, czy gromadzeniu jak największej ilości
pieniędzy, są jeszcze ludzie, którzy wyznają inne wartości. Do samego
końca.
Tomasz
Lipko; sierpień 2002
''Odmówiła
transfuzji i zmarła''
Gazeta
Wyborcza, Beta Łabutin, Opole 10.06.2002
|
W
poniedziałek pochowano osiemnastoletnią Magdę z Wołczyna, która
zmarła w sobotę w kluczborskim szpitalu, bo nie zgodziła się na
transfuzję krwi. Dziewczyna trafiła do szpitala w czwartek po
wypadku samochodowym. Na miejscu zginęła jej 24-letnia siostra,
ona sama miała obrażenia wewnętrzne i złamaną miednicę.
|
|
W
szpitalu w Kluczborku (woj. opolskie) zajęto się nią natychmiast.
- Stan pacjentki był ciężki, ale istniała duża szansa
uratowania jej życia - mówi Janusz Kubów, dyrektor kluczborskiego
Zespołu Opieki Zdrowotnej. - Konieczna jednak była transfuzja
krwi.
Pacjentka straciła jej aż cztery litry, jednak odmówiła zgody na
transfuzję. Magda była świadkiem Jehowy - mimo namów lekarzy
poinformowała ich, że ze względów religijnych nie zgodzi się na
przetoczenie krwi.
Od transfuzji odstąpiono. W sobotę dziewczyna zmarła.
- Zespół z chirurgii jest w rozpaczy, robili wszystko, żeby
uratować jej życie - mówi Kubów. - Decyzja dziewczyny była dla
nich niezrozumiała, ale uszanowali ją. Członkowie zboru nie mają
do lekarzy żadnych pretensji, przeciwnie, są wdzięczni za
uszanowanie ich zasad. Pacjentka była pełnoletnia. Gdyby nie miała
osiemnastu lat, sprawa mogłaby się potoczyć inaczej.
Mariusz Pilecki, członek opolskiego zboru i rzecznik prasowy
Towarzystwa Strażnica: - Z medycznego punktu widzenia trudno ustalić
na pewno, czy krew uratuje życie, czy nie. Zasada o świętości
krwi jest w Biblii.
Pytany, czy po śmierci Magdy jej współwyznawcy nie czują
niepokoju sumienia, odparł: - Magda była dorosła, to była jej
decyzja.
-
A jak pan by się zachował, gdyby pana dziecko znalazło się w
podobnej sytuacji? - pytali dziennikarze.
- Nie wiem.
Dodał, że wśród członków zboru są osoby przygotowane do współpracy
z lekarzami, zrzeszone w Komitecie Współpracy ze Szpitalami,
gotowe rozmawiać na temat leczenia świadków Jehowy środkami
krwiozastępczymi. Preparaty takie podano także Magdzie, w jej
przypadku jednak jedynym ratunkiem była transfuzja.
|
|
|

|
|