Kilka ciekawych artykułów o Świadkach Jehowy i kwestii krwi


Gazeta Wyborcza nr 241, wydanie waw (Warszawa) z dnia 1993/10/14, str. 10

Krzysztof ZIELIŃSKI, Rzeszów; Grafika G.A. Eschera

SPÓR O JEREMIASZA

Świadkom Jehowy religia zabrania transfuzji krwi. Czy lekarze znajdą sposób, by nie musieli jej stosować?

Od ponad miesiąca w krakowskiej Klinice Neonatologii leży w inkubatorze noworodek. Urodził się jako wcześniak ważący niewiele ponad kilogram. Matka (czterdzieści kilka lat) miała już siedem poronień. Dziecko jest dla niej ostatnią szansą na macierzyństwo.

Lekarze chcieli wspomóc organizm noworodka za pomocą transfuzji krwi, gdyż szpik kostny nie produkował wystarczającej liczby krwinek czerwonych. Obydwoje rodzice, świadkowie Jehowy, nie wyrazili na to zgody z przyczyn religijnych, choć zdawali sobie sprawę, że życie dziecka wisi na włosku. Lekarze wahali się, czy wystąpić do sądu o ograniczenie praw rodzicielskich.

Zakaz Boży

Świadkowie Jehowy, których w Polsce jest ponad 107 tys., nie liczą na cudowne uzdrowienia. W przypadku choroby szukają pomocy u lekarzy-specjalistów i godzą się na zaproponowane leczenie. Z przyczyn religijnych nie godzą się jednak nigdy na zabieg przetoczenia pełnej krwi.

Powołują się na słowa Jahwe: „Ktokolwiek (...) będzie spożywał jakąkolwiek krew, zwrócę swoje oblicze przeciwko spożywającemu krew i wytracę go spośród jego ludu, gdyż życie ciała jest we krwi”.

Świadkowie ten biblijny zakaz odnoszą do współczesnego zabiegu transfuzji krwi pełnej, jej osocza oraz krwinek czerwonych, białych i płytkowych. Nie zgadzają się nawet na przetoczenie własnej, wcześniej pobranej krwi, jeśli nastąpiło jej oderwanie od organizmu.

Od niedawna nie wykluczają jednak stosowania surowic oraz takich składników krwi jak albuminy, immunoglobuliny i czynniki krzepnięcia. Tych trzech ostatnich tylko dlatego, że - jak wykazały niedawne badania uczonych amerykańskich - są przekazywane poprzez łożysko ciężarnej kobiety płodowi - czyli z jednego organizmu do drugiego. Skoro dzieje się to z woli Jehowy, dozwolone jest także dla człowieka.

Modlimy się i czekamy

Na świecie żyje ponad cztery miliony świadków Jehowy. Ich nieugięta postawa wpłynęła na wynalezienie środków farmakologicznych zastępujących w wielu wypadkach transfuzję. Jednym z nich jest syntetyczna erytropoetyna - hormon produkowany przez wątrobę - pobudzająca szpik kostny do tworzenia czerwonych krwinek.

Dzięki postępowi w medycynie i wprowadzeniu nowych technik operacyjnych (obniżenie temperatury ciała zmniejszające zapotrzebowania organizmu na tlen w czasie zabiegu, przedoperacyjne zmiany krzepliwości krwi, zmniejszenie pola operacyjnego, użycie skalpeli laserowych) skomplikowane zabiegi przeprowadza się bez przetaczania krwi, co do niedawna było nie do pomyślenia. Ma to znaczenie nie tylko dla świadków Jehowy, zmniejsza się ryzyko zarażenia wirusem HIV lub HbS (wirus żółtaczki wszczepiennej) wszystkich operowanych pacjentów.

Zorganizowane przez społeczność świadków Jehowy Komitety Łączności ze Szpitalami promują nowe metody i kierują chorych do specjalistów, którzy podejmą się takiego leczenia. Komitety istnieją w 65 krajach, w Polsce jest ich 15 w większych miastach, głównie w siedzibach akademii medycznych.

Polskie Komitety zorganizowały już dwa tysiące spotkań z lekarzami, prowadzą rozmowy z prawnikami.

- Widać coraz większe zrozumienie dla przekonań religijnych świadków Jehowy - uważają członkowie rzeszowskiego Komitetu.

W wypadku wcześniaka z krakowskiej kliniki zastosowano bardzo drogie alternatywne leczenie. Społeczność krakowskich świadków kupiła wszystkie potrzebne lekarstwa. Prawdopodobnie dziecko najgorsze ma już za sobą.

- Byłby to wielki sukces dla nowych metod leczenia w Polsce. Udowodniłby lekarzom, że można z jednej strony ratować życie ludzi i godzić to z poszanowaniem ich religijnych przekonań. Czekamy i modlimy się w intencji dziecka - stwierdził jeden z członków krakowskiego Komitetu Łączności ze Szpitalami.

Bezkrwawa chirurgia

Od wielu lat kliniki w Europie Zachodniej, a szczególnie w Stanach Zjednoczonych odchodzą od traktowania transfuzji jako środka uzupełniającego leczenie pacjenta.

Oprócz innych od dawna znanych powikłań po przetaczaniu krwi przyczynił się do tego niewątpliwie strach przed AIDS. Krew obok spermy jest jednym ze źródeł wnikania wirusa HIV do zdrowego organizmu. Afery we Francji i Niemczech, kiedy to kilkuset pacjentom podano zakażoną krew, uzmysłowiły, jakim zagrożeniem są transfuzje.

„Doświadczenia ostatnich lat wykazały, że niezwykle często nadużywano i nadużywa się wciąż jeszcze przetaczania krwi, a przecież w bardzo wielu przypadkach można zupełnie dobrze obejść się bez transfuzji, a zadowolić się przetaczaniem płynów krwiozastępczych (...) wypada być raczej ostrożnym w wypowiadaniu apodyktycznego sądu, że tylko transfuzja krwi może uratować życie” (z książki Etyka i Deontologia pod red. Tadeusza Kielanowskiego).

W Stanach Zjednoczonych [USA] działa już 35 ośrodków bezkrwawej chirurgii. Doktor Denton Cooley z Teksasu przeprowadził ponad 600 poważnych operacji nie korzystając z obcej krwi.

W zeszłym roku 57-letni świadek Jehowy z Poznania poddany został zabiegowi transplantacji serca bez transfuzji w klinice Uniwersytetu Humboldta w Berlinie. W ciągu kilku ostatnich lat w Berlinie przeprowadzono dziesięć takich udanych operacji.

Amerykanka w Tychach

Renomowane polskie kliniki mogą przejąć część pacjentów amerykańskich i zachodnioeuropejskich szpitali, gdyż za operację i dalszą opiekę medyczną płaci się u nas jedną trzecią tego, co na Zachodzie. Precedensem była operacja ginekologiczna, której poddała się amerykańska pacjentka - świadek Jehowy – w Tychach. Coraz częściej przyjeżdżają też Austriacy.

Największe szanse na leczenie zagranicznych pacjentów ma zespół prof. Zbigniewa Religii z Kliniki Kardiochirurgii w Zabrzu. Od 1987 r. przeprowadził on ponad 50 zabiegów na otwartym sercu bez korzystania z obcej krwi. Tylko jeden zakończył się śmiercią. Świadkowie Jehowy twierdzą, że najlepiej współpracuje się im z klinikami wojskowymi, zwłaszcza w Bydgoszczy i Krakowie.

Gwałt na dziecku?

Dzisiaj Jeremiasz miałby półtora roku. W czerwcu zeszłego roku trafił na Oddział Intensywnej Terapii Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie z rozpoznaniem zapalenia mózgu. Lekarze nie wiedząc, że jego rodzice są świadkami Jehowy, po pierwszych badaniach dokonali przetoczenia preparatów krwiopochodnych. W cztery dni później ojciec złożył oświadczenie, że z przyczyn religijnych on i żona nie godzą się na transfuzję krwi i zastosowanie preparatów krwiopochodnych. Lekarz prowadzący leczenie obiecał respektować ich wolę.

Tak się działo do momentu, gdy stan Jeremiasza zaczął się szybko pogarszać. Lekarze stwierdzili, że konieczna jest natychmiastowa transfuzja krwi. Ojciec miał zgodzić się na nią, o ile dostanie pisemną gwarancję, że po zabiegu dziecko wyzdrowieje.

- Nie wydam takiego zaświadczenia osobie chorej nawet na katar. W każdym przypadku możliwości powikłań są ogromne. Cóż dopiero, gdy kilkumiesięczne niemowlę chore jest na zapalenie mózgu - mówi dzisiaj lekarz prowadzący.

Ojciec napisał więc oświadczenie, że jeżeli Jeremiaszowi zostanie przetoczona krew, odbierze to jako gwałt na dziecku i będzie dochodził swoich praw sądownie. Lekarz wystąpił do sądu o zgodę na transfuzję. Rozprawa odbyła się tego samego dnia, rodzicom ograniczono ich prawa.

Po transfuzji stan dziecka nadal pogarszał się, a w kilka dni później chłopiec zmarł. Rodzice próbowali zebrać dokumenty związane z chorobą syna, ale szpital poinformował, że historię choroby może udostępnić tylko organom ścigania.

Dziś świadkowie się zgadzają

Każdy pełnoletni świadek Jehowy nosi przy sobie kartę z osobistym oświadczeniem „Żadnej krwi”. Dzieci mają karty identyfikacyjne z informacją, że należą do rodziny świadków, i prośbą o natychmiastowy kontakt z rodzicami w przypadku, gdyby konieczna była transfuzja.

Prawo polskie wymaga zgody pacjenta na przeprowadzenie operacji. Lekarz, który przetoczy krew choremu świadkowi Jehowy nie informując go o tym, może być pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Nawet jeśli zabieg był konieczny dla ratowania życia, np. w przypadku krwotoku podczas operacji.

W etyce lekarskiej obowiązek ratowania życia i zdrowia dziecka jest ważniejszy od szanowania przekonań religijnych jego rodziców.

- Uważam, że półtora roku temu popełniłem tylko jeden błąd - nie wystąpiłem od razu do Sądu Rodzinnego o ograniczenie praw rodzicielskich. Gdyby od początku leczono Jeremiasza preparatami krwiopochodnymi, jest duże prawdopodobieństwo, że żyłby dzisiaj - mówi lekarz ze Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie. - Wówczas chcieliśmy przetoczyć te preparaty krwiopochodne, na które świadkowie Jehowy dzisiaj już wyrażają zgodę - dodaje.

Prof. Zygmunt Kaliciński, kierownik Kliniki Chirurgii Dziecięcej Centralnego Szpitala Klinicznego WAM w Warszawie:

- Gdybym miał wybierać między śmiercią dziecka a skazaniem za naruszenie jego wolności osobistej, wybrałbym zawsze to drugie. Po prostu - wolność może być zabrana na jakiś czas i zwrócona, śmierć jest nieodwracalna.

Nic nie zastąpi czerwonych krwinek

Na Zachodzie już od lat pełna krew podawana jest tylko w wyjątkowych przypadkach gwałtownego krwotoku lub utraty znacznej ilości krwi, w czasie np. wypadku.

Z pełnej krwi konserwowanej można uzyskać preparaty: koncentrat krwinek czerwonych, koncentrat płytkowy, koncentrat leukocytarny i osocze. Ten ostatni element jest prefabrykatem do uzyskania koncentratów czynników krzepnięcia i innych preparatów niezbędnych dla chorych na hemofilię. - We współczesnej medycynie stosuje się leczenie wybiórcze, polegające na podawaniu choremu tylko tych elementów komórkowych i osoczowych krwi, których mu brakuje - mówi dyrektor Wojewódzkiej Stacji Krwiodawstwa w Rzeszowie, lekarz transfuzjolog, Jan Pabisz.

Najważniejsze są krwinki czerwone, nośnik tlenu. Nauka nie wynalazła jeszcze niczego, co by je zastąpiło. Lekarze ratując życie pacjentom muszą używać preparatów uzyskanych z ludzkiej krwi. Świadkowie nie chcą się na to zgodzić, ale proponowane przez nich metody leczenia nie zastąpią tych preparatów.

Sąd zmienia zdanie

- Dorośli mają prawo do decyzji o własnej śmierci, ich dzieciom trzeba dać jednak szansę, nawet wbrew rodzicom - to zdanie większości rzeszowskich lekarzy, z którymi rozmawiałem.

30 czerwca Sąd Wojewódzki w Zamościu anulował jednak wyrok sądu niższej instancji o ograniczeniu praw rodzicielskich małżeństwu świadków Jehowy. Ich dziecko, chore na hemofilię, ma wewnętrzne krwotoki.

Rodzice nie zgodzili się na podawanie krwi i preparatów krwiopochodnych. Sąd Rejonowy ograniczył ich władzę rodzicielską, ale decyzję zmienił Sąd Wojewódzki. W uzasadnieniu czytamy: „Brak zgody rodziców na podawanie dziecku krwi nie wynika jedynie z ich światopoglądu. W aktualnych warunkach społecznych nie mogą być lekceważone obawy rodziców, że transfuzja niesie ze sobą zagrożenie wirusem HIV bądź wirusem HbS (uszkadzającym wątrobę)”.

Dziecko jest leczone w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Lublinie przy zastosowaniu alternatywnych metod, które są w pełni akceptowane przez rodziców.


Gazeta Wyborcza nr 267, wydanie waw (Warszawa) z dnia 1994/11/17, str. 10

Aneta AUGUSTYN; Rys. Mirosław Owczarek

BO ŻYCIE CIAŁA JEST WE KRWI...

Przy końcu świata Jahwe wróci do życia sprawiedliwych. Wtedy znów zobaczę mojego synka. Już widzę, jak się z nim witam.

W październiku Krzyś miał obchodzić swoje piąte urodziny. Do urodzin zabrakło miesiąca. Bo chłopiec miał pecha (tak mówią lekarze), bo ojciec nie zna się na grzybach (uważa matka), bo matka to morderczyni (mówi ojciec Krzysia i ludzie w miasteczku P.). Bo prawo Boże ponad wszystkim (twierdzi Paweł N., listonosz z miasteczka P. na Dolnym Śląsku, świadek Jehowy).

- Przez ćwierć wieku pamięć o niej nie zaginie w miasteczku - Maria K. mówi wzburzonym głosem o swojej niedawnej sąsiadce Annie H. - Podpisała wyrok na syna.

Przedtem dzieci wołały za Anną „kici, kici” albo miauczały przeciągle na jej widok. Dorośli mówili „kociak”, wcale nie dlatego, że Anna jest szczupłą blondynką. Teraz poszeptują: „Morderczyni, własnemu dziecku szansy nie dała”.

Po pogrzebie synka Anna zostawiła męża i wyniosła się z miasteczka P. Zamieszkała kilka kilometrów dalej, w domu pod lasem, z matką i siostrą, które tak jak ona głoszą dobrą nowinę o Królestwie Jehowy.

Ostatni gołąbek

Na grzyby poszli razem - Anna, jej mąż Piotr i ich dwóch synów. Zebrali cztery gołąbki, akurat dla każdego po jednym. Upiekli w piekarniku na blasze, z solą. Ostatniego złapał Krzyś, który bawił się z kolegami na podwórku i właśnie wpadł do domu, żeby coś przegryźć. Tego samego wieczoru Krzyś powiedział: „Mamusia, niedobze mi”.

Następnego dnia rano, w środę, Krzyś z biegunką i wymiotami trafił do szpitala w Bystrzycy. W piątek było lepiej, ale w sobotnie popołudnie chłopiec zaczął tracić przytomność. Nocą odwieziono go karetką do Kliniki Nefrologii Pediatrycznej we Wrocławiu. „Czy zgadza się pani na transfuzję u syna” - zapytali Annę lekarze. Dali jej pół godziny do namysłu.

„Jestem poinformowana o konieczności przeprowadzenia transfuzji wymiennej u mego syna i o wszelkich konsekwencjach związanych z niewykonaniem tego zabiegu. Włącznie ze zgonem mego dziecka” - napisała pół godziny później.

Mąż stał obok. Lekarze dziwią się, że wtedy nie zareagował.

Przez prawie tydzień Krzyś wegetował w śpiączce. Ostatni gołąbek upieczony z solą na blasze okazał się muchomorem sromotnikowym.

Krzyż i falbanki

W miasteczku P. mieszka osiem tysięcy ludzi. Ruch w jedynej księgarni jest niewielki.

- Znałyśmy się dobrze - wspomina Annę sprzedawczyni z księgarni. - Dawniej była majstrem na budowie, obrotna, lubiła się dobrze ubrać. Ale odkąd do kociej wiary poszła, rozmawiać się z nią nie da. Nic tylko o Bogu by mówiła. Teraz, jak dziecko pogrzebała, to już tutaj nie będzie miała życia.

- Na wojny koty nie chcą chodzić, a dzieci mordują - wtrąca młody mężczyzna w roboczym kombinezonie.

Na pogrzeb Krzysia przyszło kilkaset osób.

- Falbanki przy trumnie poobcinała i krzyż z niej zerwała - mówią ludzie z miasteczka P., kiedy pytam o Annę. - Ojciec-katolik na szczęście w ostatniej chwili dorabiał.

- I kolorowo ubrana była, a głowę tak do góry nosiła.

Ksiądz poświęcił grób i poszedł. Wtedy rozkrzyczał się miasteczkowy pijak: „Koty dziecko wykończyły”, „Piłą łeb jej uciąć”.

- Wszystko, co nam na sercu leżało, wykrzyczał - mówi Maria K., była sąsiadka.

Na samochody świadków Jehowy dzieciaki posypały kamienie („tylko lekki grys cmentarny” - zaznaczają ludzie). Do wieczora parafianie pilnowali grobu. - Żeby koty nie postawiły tego swojego krzyża, co go w samochodzie mieli - tłumaczy pani z księgarni. - Tego dnia tylko rzucić zapałkę, a ludzie by wybuchli.

O Annie mówią teraz, że dolary nie wiadomo skąd dostaje i że pewnie Jehowi czymś ją szprycują, bo wcale smutna nie chodzi.

Piąte - nie zabijaj

- Ludzie Annę zaszczuli - Paweł N. jest w miasteczku listonoszem. - Chcieliśmy, żeby pogrzeb był nasz: pochówek, krótki wykład. Ale ludzie szemrali, więc pomyślałem „o ciało bić się nie będziemy”. I tak w tym mieście są ludzie gotowi na wszystko, gorzej niż w średniowieczu. Na pogrzebie nie dopuszczono Anny do grobu. Kiedy kładłem kwiaty, spluwali. A krzyż zdjęliśmy wcześniej, bo nie oddajemy czci wizerunkom.

We wtorki Paweł spotyka się z innymi głosicielami w mieszkaniach, w czwartki jeździ do pobliskiej miejscowości, gdzie w zborze ponad setka sióstr i braci studiuje księgi biblijne. W niedzielę słucha wykładów o zbliżających się dniach ostatnich.

- Dla nas najważniejsze przykazanie to „nie zabijaj” - mówi.

„Ktokolwiek będzie spożywał jakąkolwiek krew, zwrócę swoje oblicze przeciwko niemu i wytracę go spośród jego ludu. Bo życie ciała jest we krwi” - tak mówi Mojżesz w 3. Księdze.

- Człowiek, któremu przetoczono krew, nie dostąpi zbawienia - mówi Paweł. - Pod żadną postacią krew nie może być przenoszona do wnętrza organizmu.

Na tapczanie siedzi Grześ, dziewięcioletni syn Pawła. W szkole dzieci miauczą za nim, czasem biją, ale wychowawczyni zawsze broni. Grześ wyciąga spod swetra zawieszoną na sznurku plakietkę z nazwiskiem, adresem i odmową przyjęcia krwi. Jego mama w torebce nosi oświadczenie, że „uwalnia lekarzy, anestezjologów oraz szpitale od odpowiedzialności za wszelkie szkody, jakie mogłyby wyniknąć z odmowy przetaczania krwi pełnej, plazmy, krwinek czerwonych, białych i płytkowych. Nawet gdyby w ocenie lekarza ich użycie było konieczne do ratowania zdrowia lub życia”.

Pytam ojca, czy zdecydowałby się na transfuzję krwi u syna, gdyby był to jedyny sposób ratowania jego życia. - Prawo Boże ponad wszystkim - podkreśla Paweł. - Dla innych najwyższą wartością jest życie. Dla nas - uznanie u Boga. Teraz są już preparaty zastępujące krew, ale lekarze wolą leczyć rutynowo.

Lekarze ci pomogą

Z ulotki świadków wydrukowanej w Nowym Jorku: „Miejmy nadzieję, że nigdy nie stracisz dużej ilości krwi. Gdyby się to jednak zdarzyło, umiejętni lekarze zdołają ci pomóc bez jej przetaczania, które jest takie niebezpieczne”. Dalej mowa o aparatach płuco-serce, skalpelach laserowych, preparatach żelaza, erytropoetynie.

- Hormon erytropoetyna pobudza szpik kostny do tworzenia czerwonych ciałek krwi, ale dopiero po 3-4 tygodniach - mówi lekarz z wrocławskiej Kliniki Nefrologii Pediatrycznej. - Możemy stosować go u chorych z niedokrwistością, ale nie wtedy, gdy krew trzeba błyskawicznie uzupełnić lub wymienić.

- Są sytuacje, w których krwi zastąpić się nie da - potwierdza lekarz z Kliniki Hematologii i Chorób Rozrostowych Dzieci. - Preparaty krwiozastępcze, np. Haes czy Dextran, poprawiają na pewien czas krążenie, ale nie zwiększają ilości hemoglobiny ani czerwonych ciałek krwi. Prędzej czy później krew trzeba podać. Przy nagłych silnych krwawieniach jedynie krew może ratować życie.

Nie nasza sprawa

- Niezgoda na podanie dziecku krwi to ewidentne nadużycie władzy rodzicielskiej. Granicą tej władzy jest dobro dziecka, którego nie można rozpatrywać w kategoriach religijnych. To, że po drugiej stronie coś istnieje, to tylko nasze wyobrażenie. A śmierć jest faktem - uważa Jacek Mazurkiewicz, prawnik, przewodniczący Terenowego Komitetu Ochrony Praw Dziecka we Wrocławiu.

- Wiemy, że u świadków Jehowy poczucie winy po przyjęciu krwi jest bardzo silne, że czują się „skażeni” - mówi Jerzy Szkarłat, rzecznik odpowiedzialności zawodowej w Dolnośląskiej Izbie Lekarskiej. - Przy całym szacunku dla pacjenta lekarz nie może jednak złożyć zobowiązania, że nie przetoczy krwi dziecku. Jeśli czas pozwala, zwracamy się do sądu rodzinnego o zezwolenie na podjęcie leczenia. Jeśli liczą się minuty - lekarz powinien wziąć odpowiedzialność na siebie i ratować życie.

- Rodzice nie mają bezwzględnych praw do dzieci - deklaruje lekarz z wrocławskiej Kliniki Nefrologii Pediatrycznej. O tym przypadku mówi jednak: - Gdyby matka nie była świadkiem Jehowy, zrobilibyśmy transfuzję, choć szanse były znikome. Odtruwanie należało rozpocząć w szpitalu w Bystrzycy, przy zatruciu muchomorem tylko dwie pierwsze doby dają szansę przeżycia.

Marian Szołtysik, ordynator oddziału dziecięcego w szpitalu w Bystrzycy, nie ma ochoty na rozmowę. - Nie mam nic do powiedzenia - zbywa mnie. - Badania, które zrobiliśmy, nie wykazały zarodników muchomora. A transfuzja to nie nasza sprawa. To problem kliniki.

Był obok, ale nie pamięta

O Krzysiu sąsiedzi mówią, że był silny, ciemnowłosy. Wykapany ojciec.

- Nigdy w szpitalu nie był. Zdrowy jak młody dąb, całymi dniami po podwórku szalał - Piotr H., ojciec Krzysia miesza herbatę. - Do szpitala, do Wrocławia co dzień jeździłem i co dzień żem telefonował. Jedno źle zrobiłem: że z lekarzami sam nie rozmawiałem. Wierzyłem, że ona do tego wystarczy.

Kiedy Anna podpisywała odmowę, Piotr stał obok. Teraz mówi, że nie pamięta; że był przerażony chorobą syna; że nie wiedział, co to za dokument. Gdy lekarze powiedzieli mu, że trzeba przetoczyć krew, na drugi dzień w sądzie zdobył zgodę na leczenie mimo sprzeciwu matki. Zawiózł je w nocy. Ale transfuzja była już zbyteczna.

- Nie wierzyłem, że ona coś takiego zrobi - mówi.

Anna zmieniła wiarę dwa lata temu. Ze ścian zdjęła krzyż i Matkę Boską. W święta choinkę wyniosła z domu. Zamiast obiadu na kuchennym stole czekały na Piotra nowe numery „Strażnicy”.

- Pogodziliśmy się w te wakacje. Ty masz swoją wiarę, ja mam swoją, tak pomyślałem. Teraz już koniec. Za to dziecko.

Nie czuję złości do nikogo

W domu pod lasem nie słychać ludzi ani zwierząt. W kuchni panuje półmrok. Siostra Anny dokłada drew do pieca, jej matka szydełkuje w kącie. Dwoje dzieci bawi się w milczeniu kłębkiem wełny.

- Wiara pomogła mi żyć osiem lat z pijakiem - Anna siedzi przy nakrytym ceratą stole. Wyprostowana, spokojna. - Te grzyby też po pijaku zbierał.

- Płacz na pokaz nie jest potrzebny - wodzi palcem po stole. - Z chwilą śmierci nic nie zostaje, to jest odwrotność życia. Jakby coś było, a teraz nie ma. Żal tylko, że dziecka nie mogłam spokojnie pochować. W kaplicy ubliżano mi. Jedna z kobiet pchnęła mnie na trumnę.

Mieszkańcy miasteczka przestali Annie mówić „dzień dobry”.

- Jestem jak trędowata, czasem próbuję zagaić, ale nikt nie odpowiada. Kiedy wchodzę do sklepu, odsuwają się. Ale ja nie czuję złości do nikogo. Ci ludzie nie znają prawdy. Żal mi ich.

Synka wspomina z czułością.

- Mądry był. Jak dzieci Hemana naśladowały, on mówił „To Jahwe jest największy”. Nigdy go nie zostawiałam samego. Kiedy rano wychodziłam po pieczywo, rysowałam Krzysiowi na kartce bochenek, żeby wiedział, gdzie jestem.

Anna uważa, że lekarze od początku zaniedbali leczenie. Przecież mówiła, że dziecko jadło grzyby. Mogli się domyślić, że jeden nie był gołąbkiem. A na transfuzję się nie zgodziła, bo i tak było za późno.

- Mózg był już zaatakowany, źrenice nieruchome. Krew była niepotrzebna. Przecież gdyby dostał tę krew, nie zmartwychwstałby. Wiem, że przy końcu świata, po bitwie na polach Armagedonu, Jahwe wróci do życia sprawiedliwych. I wtedy znów zobaczę mojego Krzysia. Wciąż widzę, jak się z nim witam.

PS Imiona i inicjały zostały zmienione.


Gazeta Wyborcza nr 173, wydanie waw (Warszawa) z dnia 1996/07/26, dział KRAJ, str. 4

Artur Brykner, Gorzów Wlkp., amp

Nastolatek uratowany po upadku z wieżowca

Transfuzja z urzędu

Piętnastolatek z Gorzowa przeżył upadek z dachu 11-piętrowego wieżowca. W szpitalu jego rodzice - świadkowie Jehowy - nie zgodzili się na transfuzję krwi. Przeprowadzono ją wbrew ich woli.

W sobotę wieczorem w Gorzowie Wlkp. kilku chłopców bawiło się w przeskakiwanie z dachu na dach dwóch wieżowców. Prawdopodobnie wyszli na dach przez dziurę w ścianie korytarza łączącego na 11. piętrze oba budynki. Przeskakiwali nad ponadmetrową czeluścią.

15-latek, zwany w szkole „Kaskaderem”, nie dosięgnął przeciwnej strony dachu. Spadł z wysokości ponad 30 m. Na szczęście - na krzaki. Przeżył, choć stracił przytomność. Z poważnymi urazami głowy i rąk trafił do szpitala. Stracił prawie połowę krwi. Lekarze zdecydowali, że konieczna jest transfuzja.

Sprzeciwili się rodzice chłopca. Tłumaczyli, że - jako świadkom Jehowy - nie pozwala im na to religia. Według jej wyznawców krew nie może być przetaczana, bo jest „siedliskiem życia”. Rodzice twierdzili, że mogą sprowadzić z Krakowa preparat krwiozastępczy. Lekarze przekonywali, że nie można czekać. Rodzice nadal się nie zgadzali. Lekarze zwrócili się do prokuratora. Ten interweniował u sędziego sądu rodzinnego. Jego decyzja umożliwiła zabieg.

Przebieg wypadków znamy tylko nieoficjalnie. Personel szpitala nie chce o tym mówić. Tylko jeden lekarz powiedział nam: - Transfuzja była jedynym wyjściem. Liczyły się minuty. Ten lekarz powiedział nam wczoraj, że życie chłopca nie jest już zagrożone.

Nie udało nam się skontaktować ani z sędzią, który podjął decyzję, ani z asystującym przy zabiegu prokuratorem.

- Rodzice byli przeciw. To pogwałcenie ich praw obywatelskich - powiedział nam wczoraj przez telefon mężczyzna, który przedstawił się tylko jako świadek Jehowy. Zastrzegł, że mówi w imieniu rodziców rannego chłopca, którzy odmawiają kontaktów z prasą. Dodał, że według jego informacji chłopiec - kiedy odzyskał przytomność - także nie zgadzał się na transfuzję.

Tak samo twierdzi starszy zboru świadków Jehowy Daniel Kleczyński. Według jego informacji rodzina chłopca na czas dostarczyła preparat krwiozastępczy. - Zasady naszej religii bardzo podkreślają świętość krwi, która jest darem od Boga. Kierujemy się zasadą, że należy słuchać Boga, a nie ludzi - mówi Kleczyński. - Biblia wyraźnie zabrania transfuzji. Co do zachowania lekarzy, uważam, że to jest sprawa ich sumienia. Wiedzą, czy postąpili źle czy dobrze.

Prof. Roma Rokicka-Milewska, warszawski pediatra i hematolog, powiedziała nam, że gdy zachodziła potrzeba przetoczenia krwi dziecku świadków Jehowy, sędzia rodzinny na wniosek prokuratora decydował o zawieszeniu praw rodzicielskich i można było zrobić transfuzję. Jeśli na taką procedurę nie było czasu - trzeba było ratować życie natychmiast - trzej lekarze podpisywali oświadczenie o konieczności transfuzji.

- Tak się dzieje w praktyce. Ale sprawa nie jest rozstrzygnięta. Wciąż pytamy prawników, co robić w takiej sytuacji - dodaje prof. Rokicka.


Gazeta Wyborcza nr 26, wydanie waw (Warszawa) z dnia 1998/01/31-1998/02/01, dział KRAJ, str. 5

PAP, pw

Religia i transfuzja

Sąd o krwi

Wbrew woli rodziców - świadków Jehowy - a na wniosek lekarzy Sąd Rejonowy w Rzeszowie wyraził zgodę na transfuzję krwi u rannej ośmioletniej dziewczynki.

Dziewczynka zraniła się w nogę na pękniętej szybie i straciła dużo krwi. Lekarze z rzeszowskiego szpitala twierdzili, że tylko transfuzja może uratować jej życie. Rodzice sprzeciwili się, argumentując, że transfuzja jest sprzeczna z ich przekonaniami religijnymi. Lekarze zwrócili się do sądu, który wydał postanowienie w pół godziny. Rodzice zdążyli się jeszcze odwołać do sądu wojewódzkiego, ale ten oddalił ich zażalenie.

Prezes sądu rejonowego Artur Kosturek mówi, że w ostatnich latach jest to drugi taki przypadek.


Gazeta Wyborcza nr 39, wydanie waw (Warszawa) z dnia 1999/02/16, dział ŚWIAT, str. 6

ŚWIAT W SKRÓCIE

FRANCJA

PRZETOCZENIE KRWI młodemu mężczyźnie - świadkowi Jehowy, który nie wyrażał zgody na ten zabieg - nakazał lekarzom prokurator w Montpellier. Świadkom Jehowy religia nie pozwala na transfuzję. 22-letni mężczyzna trafił do szpitala po wypadku samochodowym z licznymi złamaniami nóg. Zgody na transfuzję nie wyraziła też matka. Gdy stan chorego się pogarszał, ojciec, nie będący świadkiem Jehowy, zaalarmował policję i prokuratora. Decyzja prokuratora pozwala lekarzom na przetoczenie krwi, gdy ranny nie jest zdolny do sprzeciwienia się zabiegowi.


Gazeta Wyborcza Wrocław nr 244, wydanie wrw (Wrocław) z dnia 2000/10/18, dział AKTUALNOŚCI, str. 4

MAŁGORZATA PORADA

Winna matka czy anestezjolog

Z SĄDU. Oskarżenie o spowodowanie śmierci dziecka do poprawki

Czy Beata S., utrudniając leczenie swojej siedmioletniej córeczki, spowodowała jej śmierć? Taka jest opinia ząbkowickiej prokuratury. Gorzej z dowodami. Wrocławski Sąd Okręgowy uznał wczoraj, że zgromadzony przez oskarżyciela materiał jest niekompletny i wymaga uzupełnienia.

Noemi od urodzenia była chora na serce i nerki. W maju 1997 roku trafiła pod opiekę wrocławskiej Kliniki Nefrologii Pediatrycznej, ale współpraca matki z lekarzami układała się źle. Beata S. jest świadkiem Jehowy i nie zgadzała się na niektóre zabiegi. Nie ufała lekarzom. Bała się zostawiać córkę samą w szpitalu. W marcu 1999 roku sąd ograniczył jej władzę rodzicielską. To szpital miał od tej chwili decydować, kiedy i na jak długo matka może zabrać dziewczynkę do domu. Kurator sprawujący nadzór nad rodziną podkreślał jednak, że Beata S. jest matką troskliwą, dba o dzieci i zależy jej na leczeniu Noemi.

4 października 1999 roku Beata S. przywozi do szpitala córeczkę w stanie agonalnym, ale nie zgadza się nawet na podanie tlenu. Gdy lekarz telefonuje do sądu, odłącza Noemi od kardiomonitora i ucieka. Po dwóch dniach przywozi córkę z powrotem. Konieczna jest hemodializa. Dziewczynka trafia na blok operacyjny, gdzie ma mieć założony cewnik do żyły udowej. Umiera w trakcie znieczulenia.

Prokuratura ząbkowicka uznała, że matka, utrudniając leczenie, nieumyślnie spowodowała śmierć Noemi. Jednak we wrześniu Sąd Rejonowy dla Wrocławia Śródmieścia ocenił materiał dowodowy jako niekompletny, a zarzuty postawione przez prokuraturę za zbyt ogólnikowe. Według prokuratury Beata S. przywoziła Noemi niesystematycznie na badania kontrolne, a nie ustalono nawet, jakie były terminy tych wizyt i kto je wyznaczał. Nie przesłuchano świadków odłączenia Noemi od kardiomonitora w dniu 4 października. W aktach sprawy nie było ani aktu zgonu, ani dokumentacji z przebiegu znieczulenia. Sąd Rejonowy nakazał prokuraturze uzupełnić materiał dowodowy. Prokuratura odwołała się do Sądu Okręgowego.

Na wczorajszym posiedzeniu Sądu Okręgowego mec. Ryszard Woźniak, obrońca Beaty S., sugerował, że do pospiesznego oskarżenia jego klientki przyczyniła się nietolerancja religijna. - Prokurator tak się spieszył, że zapomniał ustalić przyczynę zgonu dziecka - ironizował. - Nie zażądał szczegółowej dokumentacji znieczulenia. Nie ustalił, jaki środek podano i w jakich ilościach. A są to sprawy kluczowe. Nawet student II roku prawa oceniłby, że rzeczywistym sprawcą śmierci dziecka był lekarz anestezjolog - przekonywał. - Oskarżono zaś matkę, która przez dwa lata pielęgnowała z poświęceniem córkę. Wykonywała w domu zabiegi, które powinien robić szpital - dodał.

- Analiza akt sprawy nie przysporzyła nam kłopotu. Nie przesłuchano lekarza prowadzącego chorą. Zeznania innych świadków są lakoniczne. Opinia biegłych niepełna. Nie można ustalić związku przyczynowego między postępowaniem matki a śmiercią dziecka. W tym stanie sprawa nie nadaje się do rozpatrzenia przez sąd - podsumowała sędzia pracę prokuratury i utrzymała decyzję o zwrocie akt do poprawki.


Gazeta Wyborcza Wrocław nr 208, wydanie wrw (Wrocław) z dnia 2000/09/06, dział AKTUALNOŚCI, str. 3

MAŁGORZATA PORADA

Kto winien?

Z SĄDU. Sprawa śmierci 7-letniej Noemi wróci do prokuratury

Przez dwa lata Beata S. miała z pobudek religijnych utrudniać leczenie swej córeczki. Noemi zmarła, a jej matka została oskarżona o nieumyślne spowodowanie śmierci. Wczoraj wrocławski sąd zwrócił jednak prokuraturze akta sprawy do uzupełnienia.

Braki w zgromadzonym materiale dowodowym wytknął ząbkowickiej prokuraturze mecenas Ryszard Woźniak, obrońca Beaty S. - Nie przeprowadzono sekcji zwłok dziewczynki. Skoro zmarła na bloku operacyjnym w znieczuleniu ogólnym - podnosił - to należało wyjaśnić, czy błędu nie popełnił anestezjolog.

Sąd nie tylko podzielił zdanie obrońcy, ale wytknął prokuraturze kolejne braki. - Co to znaczy, że matka przywoziła dziecko niesystematycznie na badania kontrolne? Nie wiemy, jak często miała to robić. Czemu biegli nie otrzymali pełnej dokumentacji przebiegu choroby dziewczynki, karty zgonu? - pytał sędzia Tomasz Kaszyca.

Strach przed obcą krwią

Od urodzenia ciężko chora na serce i nerki Noemi w maju 1997 roku trafiła pod opiekę Kliniki Nefrologii Pediatrycznej wrocławskiej Akademii Medycznej. Zimą 1998 roku stan dziewczynki pogorszył się. Trzeba było podłączyć ją do sztucznej nerki i dokonać transfuzji. Matka, która jest świadkiem Jehowy, nie zgodziła się na te zabiegi. Uważała, że obca krew zabije jej dziecko. Lekarze musieli prosić sąd o zezwolenie na przetoczenie krwi.

Wkrótce Noemi trafia ponownie do kliniki w bardzo ciężkim stanie: ma zapalenie płuc i niewydolność krążeniowo-oddechową. To wtedy w trakcie wyszczepiania cewnika używanego do dializy otrzewnowej serce dziewczynki zatrzymuje się i jest ona reanimowana. Konieczne jest przeprowadzenie hemodializy, podanie tlenu i kuracja antybiotykami. Matka zabiera jednak Noemi ze szpitala. Podpisuje oświadczenie: „Żądam wypisania dziecka do domu mimo bardzo ciężkiego stanu zdrowia zagrażającego w każdej chwili śmiercią dziecka”. Stacja dializ zawiadamia policję. Nazajutrz Beata S. wraca jednak z córką do kliniki i zgadza się na wszystkie zabiegi. Dziewczynka zostaje uratowana.

Wątpliwości

W marcu 1999 roku sąd ogranicza władzę rodzicielską Beacie S. Rodzina trafia pod nadzór kuratora. Ten w swoich sprawozdaniach podkreśla, że w domu jest zawsze porządek, a dzieci - Beata ma jeszcze kilkunastoletniego syna - zadbane. Beata zwierza mu się, że boi się zostawiać córkę samą w szpitalu.

Aż do jesieni wozi Noemi regularnie na badania kontrolne. We wrześniu nie przyjeżdżają do kliniki. Po ostrej rozmowie z kuratorem Beata zawozi tam Noemi dopiero 4 października.

Jak zeznał lekarz dyżurny, wniosła Noemi na rękach do izby przyjęć. Stan dziecka ocenił jako agonalny. Nie mogąc uzyskać od matki zgody na zabiegi ratujące życie, telefonuje do sądu. W tym czasie Beata S. po awanturze z pielęgniarkami odłącza córeczkę od kardiomonitora i ucieka wraz z nią ze szpitala.

- Jaka była przyczyna i przebieg tej awantury? Dlaczego matka odłączyła dziecko od aparatury? Czemu nie godziła się na podanie tlenu? Nie wiemy, bo nie przesłuchano pielęgniarek - wytykał prokuraturze sędzia Tomasz Kaszyca. - Należy wyjaśnić, czy lekarze niczego nie zaniedbali. Przecież sąd, ograniczając władzę rodzicielską Beacie S., postanowił, że może ona zabierać dziecko ze szpitala tylko za ich zgodą - przypomniał.

Po dwóch dniach karetka przywozi z powrotem Noemi. Aby przeprowadzić hemodializę, konieczne jest podłączenie cewnika do żyły udowej. Na bloku operacyjnym w trakcie znieczulenia ogólnego ustaje krążenie. Reanimacja jest nieskuteczna.

Biegli ocenili, że zabierając 4 października Noemi z kliniki, matka przyczyniła się do wcześniejszej śmierci córeczki. - Czy to znaczy, że ją spowodowała czy tylko przyspieszyła? - pytał wczoraj sędzia. A jeśli spowodowała, to czy na pewno nieumyślnie? - drążył, przypominając o oświadczeniu, które Beata S. napisała w styczniu 1999 roku.

A może śmierci Noemi nie jest winien nikt? Jeden z lekarzy zeznał w trakcie dochodzenia: Ona była bardzo poważnie chora i przy takim stanie zdrowia wszystko mogło się zdarzyć.


Gazeta Wyborcza nr 134, wydanie waw (Warszawa) z dnia 2002/06/11, dział KRAJ, str. 7

BEATA ŁABUTIN, OPOLE

Świadek Jehowy odmówiła transfuzji krwi

Niepotrzebna śmierć

Wczoraj pochowano osiemnastoletnią Magdę z Wołczyna, która zmarła w sobotę w kluczborskim szpitalu, bo nie zgodziła się na transfuzję krwi

Dziewczyna trafiła do szpitala w czwartek po wypadku samochodowym. Na miejscu zginęła jej 24-letnia siostra, ona sama miała obrażenia wewnętrzne i złamaną miednicę. W szpitalu w Kluczborku (woj. opolskie) zajęto się nią natychmiast.

- Stan pacjentki był ciężki, ale istniała duża szansa uratowania jej życia - mówi Janusz Kubów, dyrektor kluczborskiego Zespołu Opieki Zdrowotnej. - Konieczna jednak była transfuzja krwi.

Pacjentka straciła jej aż cztery litry, jednak odmówiła zgody na transfuzję. Magda była świadkiem Jehowy - mimo namów lekarzy poinformowała ich, że ze względów religijnych nie zgodzi się na przetoczenie krwi.

Od transfuzji odstąpiono. W sobotę dziewczyna zmarła.

- Zespół z chirurgii jest w rozpaczy, robili wszystko, żeby uratować jej życie - mówi Kubów. - Decyzja dziewczyny była dla nich niezrozumiała, ale uszanowali ją. Członkowie zboru nie mają do lekarzy żadnych pretensji, przeciwnie, są wdzięczni za uszanowanie ich zasad. Pacjentka była pełnoletnia. Gdyby nie miała osiemnastu lat, sprawa mogłaby się potoczyć inaczej.

Mariusz Pilecki, członek opolskiego zboru i rzecznik prasowy Towarzystwa Strażnica: - Z medycznego punktu widzenia trudno ustalić na pewno, czy krew uratuje życie, czy nie. Zasada o świętości krwi jest w Biblii.

Pytany, czy po śmierci Magdy jej współwyznawcy nie czują niepokoju sumienia, odparł: - Magda była dorosła, to była jej decyzja.

- A jak pan by się zachował, gdyby pana dziecko znalazło się w podobnej sytuacji? - pytali dziennikarze.

- Nie wiem.

Dodał, że wśród członków zboru są osoby przygotowane do współpracy z lekarzami, zrzeszone w Komitecie Współpracy ze Szpitalami, gotowe rozmawiać na temat leczenia świadków Jehowy środkami krwiozastępczymi. Preparaty takie podano także Magdzie, w jej przypadku jednak jedynym ratunkiem była transfuzja.


Gazeta w Opolu nr 134, wydanie opo (Opole) z dnia 2002/06/11, str. 3

BEATA ŁABUTIN

KLUCZBORK. Tragedia w szpitalu

Odmówiła transfuzji i zmarła

Wczoraj pochowano osiemnastoletnią Magdę z Wołczyna, która zmarła w sobotę w kluczborskim szpitalu, bo nie zgodziła się na transfuzję krwi.

Dziewczyna trafiła do szpitala w czwartek po wypadku samochodowym. Na miejscu zginęła jej 24-letnia siostra, ona sama miała obrażenia wewnętrzne i złamaną miednicę. W szpitalu w Kluczborku zajęto się nią natychmiast.

- Z relacji kolegów lekarzy wynika, że stan pacjentki był ciężki, ale istniała duża szansa uratowania jej życia - mówi Janusz Kubów, dyrektor kluczborskiego Zespołu Opieki Zdrowotnej. - Konieczna jednak była transfuzja krwi.

Pacjentka straciła jej aż cztery litry, jednak odmówiła zgody na transfuzję. Cały czas była przytomna, poinformowała lekarzy, że ze względów religijnych nie zgodzi się na przetoczenie krwi. Magda była świadkiem Jehowy, a przy sobie miała oświadczenie przeznaczone dla służby zdrowia z zastrzeżeniem dotyczącym leczenia krwią. „Żadnej krwi” - głosił napis na oświadczeniu.

Lekarze namawiali i samą Magdę, i jej rodzinę, by zmienili zdanie, ale bezskutecznie. Od transfuzji odstąpiono. W sobotę dziewczyna zmarła.

- To wielka tragedia przede wszystkim dla rodziny, ale i dla nas - mówi Kubów. - Zespół z chirurgii jest w rozpaczy, robili wszystko, żeby uratować jej życie. Decyzja dziewczyny była dla nich niezrozumiała, ale uszanowali ją. Członkowie zboru nie mają do lekarzy żadnych pretensji, przeciwnie, są wdzięczni za uszanowanie zasad. Pacjentka była pełnoletnia. Gdyby nie miała osiemnastu lat, sprawa mogłaby się potoczyć inaczej.

Mariusz Pilecki, członek opolskiego zboru i rzecznik prasowy Towarzystwa Strażnica, pytany, czy ze względu na młody wiek Magdy nie można było odstąpić od zasady odmowy leczenia krwią, powiedział: - Z medycznego punktu widzenia trudno ustalić na pewno, czy krew uratuje życie, czy nie. Czekamy na wyniki sekcji zwłok. Zasada o świętości krwi jest w Biblii.

Pytany, czy po takiej śmierci współwyznawcy Magdy nie czują niepokoju sumienia, Pilecki powiedział: - Magda była dorosła, to była jej decyzja. Nie bardzo rozumiem, dlaczego bierze się pod uwagę zdanie członków zboru.

- A jak pan by się zachował, gdyby pana dziecko znalazło się w podobnej sytuacji? - pytali dziennikarze.

- Nie wiem - odpowiedział Pilecki.

Dodał, że wśród członków zboru są osoby przygotowane do współpracy z lekarzami, zrzeszone w Komitecie Współpracy ze Szpitalami, gotowe rozmawiać na temat leczenia świadków Jehowy środkami krwiozastępczymi. Preparaty takie podano także Magdzie, w jej przypadku jednak jedynym ratunkiem była transfuzja.

DLA GAZETY

Halina Bednarczyk

prokurator rejonowy z Kluczborka

Informację o zgonie pacjentki otrzymaliśmy w poniedziałek. Już prowadzimy postępowanie w sprawie wypadku, które ma wyjaśnić śmierć dwójki osób. Wyjaśnimy także sprawę śmierci Magdy, która była poturbowana w wypadku i zmarła w szpitalu. Aktualnie czekamy na dokumentację z komendy powiatowej policji.

Jeszcze jest za wcześnie, aby cokolwiek powiedzieć o tej sprawie. Dziewczyna była pełnoletnia i sama mogła decydować o swoim życiu. Gdyby była niepełnoletnia, prokuratura mogłaby wystąpić do sądu rodzinnego o zgodę na transfuzję krwi.


Gazeta w Opolu nr 135, wydanie opo (Opole) z dnia 2002/06/12, dział OD DRUGIEJ STRONY, str. 2

ROZMAWIAŁ MACIEJ T. NOWAK

Zgodnie z wolą pacjenta

Maciej T. Nowak: - Jak by pani postąpiła w sytuacji podobnej do tej, w jakiej znaleźli się lekarze z Kluczborka, gdzie pacjentka, świadek Jehowy, nie zgodziła się na transfuzję krwi, czego skutkiem była śmierć?

Danuta Henzler, były rzecznik dyscyplinarny przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Opolu: - Według prawa nie możemy nic robić wbrew woli pacjenta. Każdy ma prawo do wiary i do własnych ustaleń życiowych. Nie można nikomu narzucać niczego siłą.

A jak to się ma do przysięgi Hipokratesa?

- A jak możemy postępować w sytuacji, gdy pacjent broni się rękami i nogami? Jeżeli pacjent byłby niepełnoletni, możemy wystąpić do sądu o zgodę na przeprowadzenie określonej operacji. Ale w tym przypadku mamy do czynienia z osobą dorosłą, która do samego końca była przytomna. Człowiek ma prawo stanowić o sobie. Taka postawa budzi we mnie wielki sprzeciw moralny i etyczny. Nie mogę tego zrozumieć.

Czy lekarze zachowali się zgodnie z wymogami zawodu?

- Oczywiście, postępowanie lekarzy było jak najbardziej prawidłowe. Gdyby transfuzję przeprowadzili niezgodnie z wolą pacjentki, ona mogłaby im wytoczyć proces o to, że postąpili wbrew jej prawu decydowania o życiu i zdrowiu.


 

Gazeta Wyborcza nr 137, wydanie waw (Warszawa) z dnia 2002/06/14, dział TEMATY DNIA, str. 2

NOT. ES

Pytanie o prawo do odmowy leczenia

W sobotę w szpitalu w Kluczborku zmarła 18-letnia dziewczyna, która ze względów religijnych (była świadkiem Jehowy) odmówiła zgody na przetoczenie jej krwi. Olsztyński prokurator oświadczył w środę, że jej decyzja w świetle prawa była samobójstwem. Zamierza zbadać, czy nie była do niej nakłaniana. Czy brak zgody na zabieg medyczny ratujący życie należy traktować jak samobójstwo? - pytamy prof. Marka Safjana, w latach 1991-97 członka Komitetu ds. Bioetyki Rady Europy

- Prawo do wyrażenia zgody na leczenie to podstawa nowoczesnego prawa medycznego kierującego się zasadą poszanowania autonomii jednostki. Bez zgody pacjenta lekarz wykonujący zabieg działa nielegalnie. Brak zgody, nawet na zabieg ratujący życie, nie może być traktowany jako samobójstwo. Nie wolno zmuszać człowieka do leczenia, podobnie jak nie wolno zmuszać go do podejmowania innych, korzystnych dla niego decyzji. W tej sprawie, gdzie brak zgody motywowany był względami religijnymi, nieuszanowanie woli pacjentki mogłoby naruszyć jej prawo do wolności sumienia i wyznania. Jednak trzeba pamiętać, że wola pacjenta powinna być wyrażona świadomie. To znaczy, że lekarz ma obowiązek udzielić wyczerpującej informacji na temat zabiegu, jego skutków i skutków jego niewykonania. Musi mieć pewność, że pacjent jest w stanie go zrozumieć i podjąć decyzję jest przytomny i sprawny umysłowo. Nie może to być decyzja podjęta pod presją, np. pod wpływem szantażu czy groźby.


 

Gazeta w Opolu nr 146, wydanie opo (Opole) z dnia 2002/06/25, dział JEDYNKA, str. 1

MAN

Po śmierci świadka Jehowy

Tylko brat winny?

Prokuratura nie będzie jednak sprawdzać, czy dziewczyna, która odmówiła transfuzji krwi i zmarła, była nakłaniana do samobójstwa przez rodzinę.

Przypomnijmy: ciężko ranna w wypadku samochodowym pod Kluczborkiem 18-letnia Magda świadomie nie zgodziła się na przetoczenie krwi ze względów religijnych, gdyż świadkowi Jehowy nie wolno tego czynić. Kilka dni po tragedii rzecznik prokuratury Roman Wawrzynek mówił, że sprawdzone zostanie, czy obecni przy umierającej dziewczynie członkowie rodziny nie nakłaniali jej do samobójstwa poprzez utwierdzanie w wierze.

Wg nadzorującej sprawę prokurator Haliny Bednarczyk z Kluczborka nie może już być mowy o samobójstwie, a tym samym o nakłanianiu do niego. - Okazało się, że Magda zgodziła się na przeprowadzenie operacji, za wyjątkiem transfuzji krwi. Zatem chciała się leczyć, a nie popełnić samobójstwo - twierdzi Bednarczyk.

Postępowanie prokuratury toczy się więc tylko w sprawie wypadku, w którym zginęły trzy osoby. Kierowca, brat Magdy, nadal przebywa w szpitalu, ma poważne złamania. Obrażenia uniemożliwiają przesłuchanie go poza szpitalem.

Prokuratura przedstawi mu zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku, w którym zginęły dwie osoby. Zarzut może być uzupełniony o śmierć trzeciej osoby. Zależy to od tego, czy okaże się, że Magda w wypadku doznała takich obrażeń, które spowodowały jej śmierć.


Gazeta w Opolu nr 257, wydanie opo (Opole) z dnia 2002/11/04, dział JEDYNKA, str. 1

MACIEJ T. NOWAK

Z PROKURATURY. Odmówiła transfuzji krwi i zmarła

Za tragiczny wypadek

Tomasz B. odpowie przed sądem za spowodowanie wypadku, w którym zginęły dwie osoby. Trzecia, jego siostra Magda, zmarła w szpitalu po tym, jak odmówiła transfuzji krwi

Prokuratura Rejonowa w Kluczborku zakończyła właśnie śledztwo w tej sprawie. Do tamtejszego sądu skierowano akt oskarżenia 23-letniego Tomasza B., który spowodował wypadek. „Zarzuciliśmy mu nieumyślne naruszenie zasad ruchu drogowego. Zaznaczam, że w momencie zdarzenia był trzeźwy” - powiedział „Gazecie” prokurator Henryk Nowicki, prowadzący śledztwo.

„Doprowadził do śmierci dwóch osób. U trzeciej osoby spowodował obrażenia, które były przyczyną śmierci” - dodał.

Do tragicznego wypadku doszło na początku czerwca tego roku w okolicach Kluczborka. Tomasz B. kierował polonezem, w którym jechały także jego dwie siostry. Jechał jednak za szybko. Na łuku drogi stracił panowanie nad samochodem i zjechał na przeciwległy pas. Tam potrącił przejeżdżający samochód, a następnie czołowo zderzył się z audi.

Na miejscu zginęła osoba jadąca audi oraz siostra oskarżonego. Drugą siostrę: 18-letnią Magdę B., przewieziono do szpitala. Lekarze oceniali stan pacjentki jako ciężki, ale była szansa na jej uratowanie.

Dziewczyna zmarła po dwóch dniach, gdyż świadomie nie zgodziła się na przetoczenie krwi ze względów religijnych. Była świadkiem Jehowy, a im nie wolno tego czynić. Lekarze namawiali Magdę na zmianę decyzji, zaś rodzina utwierdzała w wierze.

Po tym zdarzeniu w kraju rozgorzała dyskusja, czy lekarze postąpili słusznie, akceptując decyzję dziewczyny.

Prokuratura zastanawiała się nawet nad sprawdzeniem, czy obecni przy umierającej dziewczynie członkowie rodziny nie nakłaniali jej do samobójstwa poprzez utwierdzanie w wierze. Szybko jednak odrzucono tę hipotezę, gdyż dziewczyna zgodziła się na leczenie, nie wyraziła tylko zgody na przetoczenie krwi.

Sam oskarżony ze złamaną nogą też leżał w szpitalu, później jednak wyszedł na własną prośbę.

„To jedna wielka tragedia” - komentuje prokurator Nowicki.

Oskarżonemu Tomaszowi B. grozi kara pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do ośmiu lat.


Gazeta w Opolu nr 42, wydanie opo (Opole) z dnia 2003/02/19, dział WYDARZENIA, str. 3

MACIEJ T. NOWAK

WYROK po tragicznym wypadku

Za śmierć swoich sióstr

Tomasz B. spędzi w więzieniu trzy lata za to, że spowodował wypadek drogowy, w którym na miejscu zginęły dwie osoby. Trzecia, jego 18-letnia siostra Magda, zmarła w szpitalu po tym, jak nie zgodziła się na transfuzję krwi ze względów religijnych

Prokuratura Rejonowa w Kluczborku oskarżyła 23-letniego Tomasza B., który prowadził samochód, o nieumyślne naruszenie zasad ruchu drogowego. „B. doprowadził do śmierci dwóch osób. U trzeciej osoby spowodował obrażenia, które były przyczyną śmierci” - powiedział „Gazecie” prokurator, zaznaczając jednocześnie, że kierowca był trzeźwy.

Wyrok w tej sprawie zapadł w Sądzie Rejonowym w Kluczborku. Tomasza B. skazano na trzy lata więzienia i pięcioletni zakaz prowadzenia pojazdów. „Oskarżony przyznał się i nie kwestionował swojej winy” - powiedział nam sędzia Ignacy Sołtys.

Przy orzekaniu kary sędzia wziął pod uwagę to, że kierowca jechał z nadmierną prędkością, której nie dostosował do panujących warunków na drodze. Tego dnia padała mżawka. Ponadto stan techniczny samochodu był bardzo zły. „Sąd uznał, że stopień społecznej szkodliwości takiego zachowania jest bardzo duży” - wyjaśnił sędzia Sołtys.

Zakręt, na którym doszło do wypadku, jest bardzo niebezpieczny (obecnie tzw. czarny punkt).

Tragiczny wypadek zdarzył się na początku czerwca ub.r. w okolicach Kluczborka. Tomasz B. kierował polonezem, w którym jechały także jego dwie siostry. Na łuku drogi stracił panowanie nad samochodem i zjechał na przeciwległy pas. Tam potrącił przejeżdżający samochód, a następnie czołowo zderzył się z audi.

Na miejscu zginęła osoba jadąca audi oraz siostra oskarżonego. Drugą siostrę: 18-letnią Magdę B., przewieziono do szpitala. Lekarze oceniali stan pacjentki jako ciężki, ale była szansa na jej uratowanie.

Dziewczyna zmarła po dwóch dniach, gdyż świadomie nie zgodziła się na przetoczenie krwi ze względów religijnych. Była świadkiem Jehowy. Lekarze namawiali Magdę na zmianę decyzji, zaś rodzina utwierdzała w wierze.

Po tym zdarzeniu w kraju rozgorzała dyskusja, czy lekarze postąpili słusznie, akceptując decyzję dziewczyny.

Prokuratura zastanawiała się nawet nad sprawdzeniem, czy obecni przy umierającej dziewczynie członkowie rodziny nie nakłaniali jej do samobójstwa poprzez utwierdzanie w wierze. Szybko jednak odrzucono tę hipotezę, gdyż dziewczyna zgodziła się na leczenie, nie wyraziła tylko zgody na przetoczenie krwi.

Takiego wyroku, jaki zapadł w sądzie, domagała się prokuratura. Obrońca Tomasza B. chciał kary w zawieszeniu, tłumacząc, że w wypadku zginęły dwie siostry oskarżonego i to jest dla niego wystarczającą karą.

Wyrok jest nieprawomocny.


 

Marie Claire - sierpień 2002

(Poniższy artykuł jest tekstem autorskim pana Tomasza Lipko, który w wersji elektronicznej udostępniamy dzięki uprzejmości właściciela strony  http://warsaw.com.pl/brooklyn/)

Całą Polską wstrząsnęła niedawno śmierć 18 - letniej Magdy B. z niewielkiej miejscowości Wołczyn pod Opolem. Młoda Jehowitka uratowana z wypadku samochodowego odmówiła przyjęcia krwi, czym praktycznie skazała samą siebie na śmierć. Co roku, na własne życzenie, umiera w ten sposób w całym kraju co najmniej kilka osób.

Wracali z zakupów w Opolu, spieszyli się na zebranie modlitewne w Wołczynie. Kiedy na miejsce tragedii, aby rozrywać sprasowane karoserie samochodów, przyjechała pierwsza ekipa ratowników, strażacy zanim jeszcze wyskoczyli ze swojego samochodu słyszeli rozdzierający krzyk Magdy: "Żadnej krwi!!!" Była przytomna, w połowie zmiażdżona, w potwornym szoku, ale wiedziała co się z nią dzieje. I tylko te dwa słowa wykrzykiwała jak pożegnalną mantrę.

Akcja ratownicza trwała dwadzieścia minut. Tyle potrzebowało pięciu muskularnych chłopów, żeby za pomocą spalinowych nożyc rozerwać odpowiedni otwór - taki, przez który można było wyciągnąć dwie konające we wraku dziewczyny. Kiedy do akcji wkroczyli czekający jak na szpilkach lekarze, 24 - letnia Sylwia już nie żyła.  Siostra Sylwii, Magda, w krytycznym stanie została natychmiast przewieziona do odległego o 10 km szpitala w Kluczborku. Pędzący na sygnale ambulans pokonał tę drogę w kilka minut, ale właśnie wtedy przerażeni sanitariusze i lekarz znaleźli przy Magdzie zakrwawiony dowód z niewielką białą kartką i rzucającym się w oczy napisem "ŻADNEJ KRWI".

To, co przeczytali dalej, drobnym drukiem potwierdziło ich najgorsze przypuszczenia:

 "Oświadczam, że nie zgadzam się na żadną formę transfuzji krwi: przetaczanie krwi pełnej, plazmy, krwinek czerwonych, krwinek białych, krwinek płytkowych, nawet gdyby ich użycie było niezbędne dla ratowania mojego życia. Jestem Świadkiem Jehowy i chcę być posłuszny nakazom Biblii. Uwalniam lekarzy oraz szpital od odpowiedzialności."

Identyczne kartki, tyle, że w różnych językach każdego dnia nosi przy sobie 6 milionów Świadków Jehowy na całym świecie. I choć  ponad tysiącstronicowa Biblia mówi o krwi tylko w paru zdaniach ( Nowy Testament, dzieje Apostolskie, 15.29: "Powstrzymajcie się od ofiar składanych bożkom, od krwi, od tego, co uduszone, i od nierządu. Dobrze uczynicie, jeżeli powstrzymacie się od tego. Bywajcie zdrowi!") to znani z dosłownego interpretowania Pisma Świętego Jehowici, uznają zakaz spożywania i przyjmowania do organizmu krwi jako jedną z najważniejszych zasad swojej religii, traktują go na równi z takimi przykazaniami, jak "nie kradnij", "nie zabijaj", "nie cudzołóż".

 

To, co działo się przez najbliższych parę godzin po przywiezieniu Magdy do szpitala w Kluczborku znamy tylko z relacji świadków. Wiadomo, że niemalże natychmiast po przewiezieniu dziewczyny na blok operacyjny wybuchła awantura miedzy lekarzami a przybyłą rodziną oraz współwyznawcami Magdy. Zanim strażacy wyciągnęli ją ze zmiażdżonego samochodu, Magda co najmniej pół godziny wykrwawiała się zatrzaśnięta w kleszczach pogiętej karoserii. Straciła w tym czasie cztery litry krwi i już tylko transfuzja pozostawała skuteczną metodą ratowania życia. Część zaangażowanych w akcję ratunkową lekarzy straciło panowanie nad sobą, kiedy przybyła do szpitala rodzina i powtórzyła słowa wykrzyczane przez Magdę zaraz po wypadku. Brat czuwający przy łóżku siostry usłyszał w końcu od jednego z lekarzy: "wypierdalaj stąd!", inni chcieli podobno wyrzucić za bramę także matkę z resztą rodzeństwa i szybko przeprowadzić operację.

 

Wtedy pojawili się Jehowici z Komitetu. Niektórzy nazywają ich "facetami w czerni". Są postrachem wśród lekarzy w całej Polsce, właściwie na całym świecie. Szóstego czerwca tego roku poznali ich lekarze z Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej  w Kluczborku.

 - Trzech elegancko ubranych dżentelmenów w czarnych garniturach i śnieżnobiałych koszulach pod krawatem - opisuje mi ich doktor Andrzej Szczepanik, który wykonuje skomplikowane operacje w warszawskim Instytucie Hematologii. W ciągu kilkunastu lat praktyki zdążył dobrze poznać tych ludzi. To współwyznawcy, tyle, że odpowiednio przeszkoleni. 

- Grzeczni, choć bardzo stanowczy. Zjawiają się zaraz po tym, jak w szpitalu pojawi się Świadek Jehowy. Trzymając w ręku Konstytucję oraz Ustawę o Wykonywaniu Zawodu Lekarza domagają się kontaktu z chorym.

Bywały wypadki, że dopiero w tydzień po nich zjawiała się rodzina.  Leżący obok chorzy opowiadali później, jak stanowczo zakazywali korzystania z jakiejkolwiek transfuzji. Nie pamiętam sytuacji, żeby po takim spotkaniu pacjent zgodził się na jakąkolwiek transfuzję. "Panowie w czerni" bezszelestnie wychodzą dziękując nam grzecznie. Często już po śmierci swojego brata, jak nazywają odwiedzanego pacjenta.

  - Komitet Łączności ze szpitalami, tak brzmi właściwa funkcja tych ludzi - mówi mi Mariusz Pilecki z olsztyńskiego zboru Świadków Jehowy - rzeczywiście pojawili się w kluczborskim szpitalu zaraz po wypadku, ale taka jest ich rola - umacniać naszych braci w wierze i w ich postanowieniach. Komitety Łączności ze Szpitalem wzywamy wtedy, kiedy istnieje niebezpieczeństwo pogwałcenia woli chorego współwyznawcy.

Rzeczywiście szóstego czerwca w Kluczborku wszystko wskazywało na to, że wola umierającej Magdy nie zostanie uszanowana. Kiedy pyskówka z członkami komitetu i z rodziną trwała w najlepsze, i wiadomo już było, że dziewczyna nie przeżyje, jeżeli  czekający na sali operacyjnej plastikowy woreczek z krwią wróci do chłodni, zdesperowany ordynator oddziału chirurgii poleciał do kierowców  i kazał im pędzić na sygnale do pobliskiego liceum ekonomicznego. Wyrwane z lekcji dziewczyny miały namówić ciągle przytomną Magdę do zmiany decyzji. Z relacji świadków wynika, że przed drzwiami szpitalnej sali zatrzymali je członkowie rodziny Magdy. Przeżywali ogromną tragedię i dodatkowo jeszcze wielki stres. Przed chwilą zginęła jedna siostra, druga w stanie agonalnym leżała na stole operacyjnym i  mieli przeciwko sobie cały personel szpitala. Szeregowi pracownicy wyzywali ich od morderców. 

- Dużo jest naokoło ludzi, którzy to nasze ciężkie życie uznają za największą wartość - mówi mi Ewelina, siostra Magdy, 17-letnia blondynka o dłoniach zniszczonych już od pracy w polu - rozumiem ich, ale nie jestem w stanie myśleć tak, jak oni. Wiedzieliśmy, że to właśnie jest ten moment, w którym razem z Magdą musimy dochować wierności Bogu.

Rodzina cały czas wierzyła, że Magdę uda się uratować.

 

Tadeusz Wiwatowski jest pięćdziesięcioletnim lekarzem współpracującym z kilkudziesięcioma szpitalami w całej Polsce. Pomagał w wyjątkowo skomplikowanych operacjach, uratował co najmniej kilkanaście istnień ludzkich. Od trzydziestu lat jest Jehowitą. Jego oficjalna funkcja to kierownik informacji o szpitalach dla Świadków Jehowy. W praktyce nadzoruje prace kilkudziesięciu działających w Polsce komitetów łączności ze szpitalami. Można powiedzieć, że jest naczelnym "facetem w czerni".  Kiedy dowiaduje się o wypadkach takich, jak pod Wołczynem wsiada do swojego wysłużonego czterocylindrowego forda mustanga i przez całą Polskę pędzi do szpitala.   W bagażniku ma podręczną lodówkę z dezmopresyną, kwasem aminokapronowym, perfluorowęglodorami, koloidami i krystaloidami. To syntetyczne płyny zwiększające objętość krwi, środki zapobiegające krwawieniu i pomagające w krzepnięciu krwi. Doktor Wiwatowski jest jednym z lepiej wykształconych specjalistów w branży, o jego umiejętnościach niejednokrotnie w samych superlatywach wypowiadał się prof. Religa. Wiadomość o wypadku Magdy dotarła do dr Wiwatowskiego wewnętrznymi kanałami w momencie, kiedy dziewczyna była przygotowana do operacji na bloku operacyjnym. Skontaktował się natychmiast z lekarzem dyżurnym szpitala w Kluczborku. 

- Kiedy spytałem lekarza dyżurnego jak można jeszcze dziewczynie pomóc unikając przetoczenia krwi odpowiedział mi, że wszystkie możliwości zostały już wyczerpane. Oprócz licznych obrażeń wewnętrznych Magda miała zmiażdżone kości, mimo wysiłków lekarzy z nóg wciąż sączyła jej się krew. Jedyne, co mogłem im doradzić to tzw. drenaż pooperacyjny, czyli pracochłonne odzyskiwanie krwi wypływającej z rozległych ran i wprowadzanie jej z powrotem do organizmu.

 

Jednocześnie podawana dożylnie erytropoetyna miała przyśpieszać wytwarzanie czerwonych krwinek. I rzeczywiście - robione na bieżąco analizy pokazały, że w pewnym momencie ilość czerwonych krwinek zaczęła się podnosić.

 - Niestety, jeżeli człowiek nagle straci cztery litry krwi, nie można uratować mu życia inaczej, niż poprzez transfuzję - tłumaczy mi docent Jan Sabliński, szef Krajowego Centrum Krwiodawstwa - mimo pięćdziesięciu lat eksperymentów i gigantycznych pieniędzy do dziś nie udało się wytworzyć żadnego środka zastępczego, który pozwoliłby spełniać podstawową rolę krwi - transport tlenu po całym organizmie. Kolejne nowe preparaty wciąż przynoszą w badaniach klinicznych kolejne ofiary śmiertelne.

 - Do końca była świadoma, że może umrzeć - mówi Dorota, starsza siostra, która do końca czuwała przy łóżku Magdy -była spokojna, nie panikowała. Choć była pod działaniem mocnych środków narzekała, że bolą ją nogi. 

Miała na tyle siły, żeby uspokajać bliskich, którzy przychodzili do niej z zapuchniętymi oczami. Sławka - jej wiosenną, prawdopodobnie pierwszą w życiu miłość chwyciła za rękę i przytuliła do twarzy zapewniając, że się wyliże. Była silna fizycznie. Dbała o swoje ciało. Codziennie uprawiała gimnastykę dla zachowania pięknej figury: brzuszki, skłony, rozciąganie.  Cały czas obok stołu operacyjnego czekał w lodówce worek z gotowymi czterema litrami krwi do przetoczenia. Pielęgniarka płacząc odniosła go do chłodni.  Dzięki nadludzkiemu wysiłkowi zespołu chirurgów Magda przeżyła na sali pooperacyjnej jeszcze dwa dni.

 

O śmierci Magdy przez dwa dni mówiły wszystkie media. W czasie prowadzonej na żywo dyskusji w audycji Trójki "Za a nawet przeciw" w pewnym momencie zadzwoniła roztrzęsiona lekarka z warszawskiego Instytutu Hematologii:

"Takich tragedii w całym kraju są dziesiątki, tyle, że nikt o nich nie mówi. Niedawno przywieziono do nas trzydziestoletniego chłopaka z wypadku, który wymagał natychmiastowej transfuzji. Był nieprzytomny. Pech chciał, że wypadł mu dowód osobisty z tym ich oświadczeniem. Przeklinam ten moment, w którym wzięłam tę kartkę do ręki  i zadzwoniłam pod podany numer. Momentalnie zjawił się ich lekarz i do końca, przez 24 godziny na dobę pilnował, żeby pacjent nie przyjmował krwi. Cały zespół lekarzy dosłownie kipiał ze zdenerwowania, ludzie roztrzęsieni wracali do domu, ale Jehowici nie dali się przekonać. Gdyby nie ci ludzie, sama bym przetoczyła tę krew, która była przygotowana, a pacjent zupełnie zdrowy wyszedłby za parę dni do domu, do żony i dzieci, które na niego czekały. Tymczasem rodzina zamiast go ratować, patrzyła jak umiera. Pacjent 7 dni leżał nieprzytomny, umierał w  mękach, krew miał tak rozcieńczoną preparatami, że to praktycznie była woda. Do dziś nie mogę sobie tego darować, do tej pory mam potworne myśli."

W Instytucie Hematologii udaje mi się złapać miedzy operacjami kilku chirurgów z podobnymi doświadczeniami zawodowymi.

- W środowisku lekarskim wcale nie ma w tej sprawie jednomyślności. - mówi jeden z nich -  To jedna ze spraw, o które najbardziej kłócimy się przy wódce. I wielu moich kumpli mówi otwarcie, że jeżeli na nich padnie, to pogonią komitet kijem, przetoczą krew i jeszcze wygrają sprawę w sądzie.

Polskie prawo nie zezwala jednak na przeprowadzanie jakichkolwiek zabiegów chirurgicznych, nawet, gdyby miały ratować życie, wbrew woli pacjenta. Dlatego już teraz prawie cały Instytut Hematologii mówi o spodziewanym pacjencie, dziewięcioletnim chłopcu, którego czeka nieuchronna, skomplikowana operacja śledziony. Jego rodzice, jehowici, stanowczo zastrzegli, że nie może być mowy o jakimkolwiek przetaczaniu krwi, co przy tego typu operacji może skończyć się zgonem na stole operacyjnym.

 - Jeszcze do niedawna dużym ułatwieniem, poniekąd nawet rozwiązaniem całego problemu, były autotransfuzje - mówi mi dr Szczepanik - w odpowiednim czasie przed operacją pobieraliśmy pacjentowi krew, by zwrócić mu ją właśnie w czasie operacji. Niestety, ostatnio prawdopodobnie do głosu doszli ortodoksi, bo jehowici odmawiają już nawet takiej formy transfuzji.  Coraz częściej w takich chwilach zostaje nam już tylko jedno, niestety dobrze znane  uczucie - bezsilna wściekłość. Niedawno mieliśmy przypadek pacjenta z żylakami przełyku. Wrzody w jego gardle krwawiły bez przerwy. To niebywale groźne powikłanie zapalenia wątroby, obarczone nawet 50 proc. śmiertelnością w normalnych  warunkach. Niepodanie krwi podczas niezbędnej operacji jest praktycznie świadomym i powolnym zarzynaniem chorego człowieka. Operacja została przeprowadzona, bo nie było dla niej alternatywy, ale po podaniu narkozy pacjent już się nie obudził.

- Bywają straszne dramaty z płaczem i krzykami niemalże na cały szpital - opowiada Wojciech Jaśkowiak, chirurg - pamiętam sytuację, gdzie jedynym Świadkiem Jehowy w rodzinie była matka. Ojciec i dzieci byli katolikami. Dzieci płakały błagając matkę na kolanach, żeby zgodziła się na transfuzję. Mąż namawiał mnie do oszustwa i przetoczenia bez zgody swojej żony. Po kolejnej rozdzierającej wizycie dzieciaków zawołała mnie i powiedziała "nadal się nie zgadzam, ale niech pan robi, co pan uważa za stosowne".

 

 - To prawda, zdarzają się takie wypadki - mówi Michał Hoszowski, ze służb prasowych Towarzystwa Biblijnego "Strażnica" (oficjalna nazwa kościoła Jehowitów w Polsce) - to grzech ciężki, ale zawsze pozostaje nadzieja wybaczenia. Po takich operacjach tym ludziom bardzo potrzebna jest opieka nie tyle lekarska, co duchowa. I taką opieką pasterską są przez nas otaczani.

 

Bywały przypadki awantur dużo gorszych, niż ta w kluczborskim szpitalu.

- W  1967r podczas porodu konieczna okazała się u mojej matki transfuzja krwi - pisze mi w mailu Jehowita z drugiego końca Polski prosząc o anonimowość - moja matka będąca ŚJ oczywiście odmówiła przyjęcia krwi. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna, spanikowani lekarze w szpitalu wywierali na nią bardzo silny i brutalny nacisk, łącznie z krzykiem, wyzwiskami, obelgami i groźbami. Matka zdania nie zmieniła, ostatkiem sił podpisała wtedy oświadczenie zwalniające lekarzy z pełnej odpowiedzialności za jej decyzję. Ordynator podobno płakał jak dzieciak. Mama była już w stanie śmierci klinicznej. Cudem przeżyła, co więcej, jak wykazały późniejsze badania od urodzenia miała źle określoną grupę krwi. Gdyby dokonano transfuzji musiałaby umrzeć.

 Przypadki, w których udaje się przekonać Jehowitę do przyjęcia krwi, choć zdarzają się, są tylko sporadycznymi  wyjątkami, które zresztą, jak podkreślają lekarze, zdarzają się coraz rzadziej. Dlatego też polscy lekarze, zwłaszcza, kiedy walczą o życie umierających Jehowitów,  coraz częściej decydują się korzystać z doświadczeń swoich amerykańskich kolegów. Wykorzystują ekspresowe procedury sądowe i pozbawiają rodziców praw rodzicielskich na trzy - cztery godziny. Dokładnie tyle, ile trwa operacja.

Jeden z najbardziej spektakularnych polskich procesów wzorowanych na amerykańskiej procedurze odbył się cztery lata temu w Rzeszowie. Kilkuletnia córka małżeństwa Jehowitów wyjątkowo nieszczęśliwie zraniła nogę o pękniętą szybę, straciła bardzo dużo krwi. Lekarze ze szpitala twierdzili, że tylko transfuzja może uratować jej życie. W obliczu śmierci swojego dziecka rodzice absolutnie zakazali przetaczania krwi. Czasu było coraz mniej, dziecko umierało. Zdesperowani lekarze błyskawicznie zwrócili się do sądu, który wydał postanowienie w pół godziny zezwalając na transfuzję wbrew woli rodziców. Ci zdążyli się jeszcze odwołać do sądu wojewódzkiego, ale ten oddalił ich zażalenie. Dziecko zostało

uratowane. Podobne orzeczenia sądy wydawały później także w przypadku osób dorosłych, choć, jak mówią psychologowie przetoczenie krwi wbrew woli głęboko wierzącego człowieka może być dla niego szokiem, porównywalnym do uczucia towarzyszącego gwałtowi.

Matka 18 - letniej Magdy musiała wyjechać z Polski do rodziny za granicą. Jak mówią mi siostry Magdy nie wytrzymała psychicznie nagonki niektórych sąsiadów, którzy na ulicy wyzywali ją od morderców własnej córki. Ojciec, który nie chce rozmawiać z prasą został sam z rodziną

mniejszą o dwie osoby.  W zborze Wołczyn współwyznawcy podkreślają ogromną religijność tej rodziny.  - Mamy regularne spotkania 3 razy w tygodniu - mówi mi starszy zboru, rumiany sześćdziesięciolatek, pan Czesław - zanim wybudowaliśmy swoją salę na każde spotkanie trzeba było pokonać 15  km do pobliskiej Dąbrówki. I Magda chodziła tam piechotą trzy razy w

tygodniu. I w skwar, i w deszcz, i brnąc zimą przez zaspy. My upchaliśmy się jakoś do malucha, ale ich nie dało już rady podwieźć.

 

Polskie Biuro Oddziału Świadków Jehowy, Nadarzyn pod Warszawą. Na czterech hektarach rozciąga się, ogrodzony i strzeżony przez kamery telewizji przemysłowej, ogromny kompleks nowoczesnych budynków. Nosi nazwę Dom Boży. Każdy może go obejrzeć od środka w regularnych wycieczkach z przewodnikiem.  To żyjące swoim życiem miasto. Oprócz pomieszczeń gospodarskich są tu warsztaty samochodowe, drukarnia, studio nagrań, magazyny, chłodnie, pracownie rzemieślnicze,  oddział ekspedycyjny z rzędem ciężarówek. Dom Boży (Betel) czuwa nad 130 tys.

ŚJ w całej Polsce. To tu znajdują się najwyżsi rangą w hierarchii ŚJ. Poprzez Dom Boży w Nadarzynie, z polskimi ŚJ, porozumiewa się centrala na nowojorskim Brooklynie.

Stu kilkudziesięciu Jehowitów pracuje tu dzień i noc kompletnie za darmo, mają zapewniony jedynie wikt i opierunek.

"Świadkowie Jehowy" to nazwa, jaką przyjęła w 1931 r. większość wspólnoty Badaczy Pisma Świętego, założonej w 1874 r. przez Amerykanina Charlesa T. Russela (1852-1916). W Polsce są trzecią pod względem liczebności wspólnotą wyznaniową. W ciągu swojej dwustuletniej historii wiele razy dawali przykład bohaterskiego przywiązania do wyznawanych zasad. Owa nieustępliwość ponad pół wieku temu doprowadziła do białej gorączki kierownictwo III Rzeszy z samym Hitlerem na czele. W czasach największego terroru Jehowici (część mogą oddawać tylko Jehowie) nie godzili się pozdrawiać nikogo obowiązkowym "heil Hitler". Otwarcie przyznawali, że nie uznają przywództwa fuhrera, ani NSDAP (działalność polityczna jest dla nich zamknięta). Przede wszystkim jednak zgodnie z Pismem Świętym Jehowici masowo odmawiali służby wojskowej, pracy w fabrykach zbrojeniowych czy nawet kopania okopów. Byli zsyłani całymi zborami do obozów koncentracyjnych, gdzie zgodnie ze swoim obowiązkiem nadal głosili wśród więźniów Pismo Święte. Przemycali ręcznie pisane Biblie wielkości pudełka zapałek, nawracali ludzi w barakach. Byli jedyną grupą wyznaniową oznaczoną w hitlerowskich obozach koncentracyjnych specjalną odznaką - fioletowym trójkątem.

Adrian, informatyk i dwie Anity, tłumaczki, uśmiechnięte, sympatyczne dziewczyny między swoimi zajęciami znajdują chwilę czasu na rozmowę ze mną. Pokazują mi oświadczenia "ŻADNEJ KRWI", jakie zawsze mają przy sobie.  - Jesteś

pewien, że zachowałbyś się tak, jak Magda? - pytam Adriana.  - Nigdy nie będę pewien, dopóki i mnie nie spotka taka sytuacja. Wiem tylko, że bardzo bym chciał do śmierci dotrzymać wierności zasadom.

 - Czy modlicie się teraz za Magdę?

 - Nasza religia stanowi, że wraz ze śmiercią człowieka przyszłość jego duszy jest już przez Boga wytyczona. Teraz możemy już się modlić tylko za jej bliskich, żeby dobry Bóg wsparł ich w ogromnym nieszczęściu.

 - Wiemy, że niektórzy ludzie traktują nas z nieufnością, bo chodzimy po mieszkaniach, zaczepiamy ludzi, mówimy o Bogu, o śmierci, o tym, jak żyć - tłumaczy mi Anita, kiedy rozmowa zdążyła już zejść na inne tematy - tacy jesteśmy. Ale myślę, że bez względu na wyznanie i przekonania innych ludzi Magda zasługuje na ogromny szacunek. W czasach, kiedy dominująca część społeczeństwa  poświęca się robieniu kariery, często po trupach, czy gromadzeniu jak największej ilości pieniędzy, są jeszcze ludzie, którzy wyznają inne wartości. Do samego końca.

Tomasz Lipko; sierpień 2002


 

''Odmówiła transfuzji i zmarła''

Gazeta Wyborcza, Beta Łabutin, Opole 10.06.2002

W poniedziałek pochowano osiemnastoletnią Magdę z Wołczyna, która zmarła w sobotę w kluczborskim szpitalu, bo nie zgodziła się na transfuzję krwi. Dziewczyna trafiła do szpitala w czwartek po wypadku samochodowym. Na miejscu zginęła jej 24-letnia siostra, ona sama miała obrażenia wewnętrzne i złamaną miednicę.

W szpitalu w Kluczborku (woj. opolskie) zajęto się nią natychmiast.
- Stan pacjentki był ciężki, ale istniała duża szansa uratowania jej życia - mówi Janusz Kubów, dyrektor kluczborskiego Zespołu Opieki Zdrowotnej. - Konieczna jednak była transfuzja krwi.
Pacjentka straciła jej aż cztery litry, jednak odmówiła zgody na transfuzję. Magda była świadkiem Jehowy - mimo namów lekarzy poinformowała ich, że ze względów religijnych nie zgodzi się na przetoczenie krwi.
Od transfuzji odstąpiono. W sobotę dziewczyna zmarła.
- Zespół z chirurgii jest w rozpaczy, robili wszystko, żeby uratować jej życie - mówi Kubów. - Decyzja dziewczyny była dla nich niezrozumiała, ale uszanowali ją. Członkowie zboru nie mają do lekarzy żadnych pretensji, przeciwnie, są wdzięczni za uszanowanie ich zasad. Pacjentka była pełnoletnia. Gdyby nie miała osiemnastu lat, sprawa mogłaby się potoczyć inaczej.
Mariusz Pilecki, członek opolskiego zboru i rzecznik prasowy Towarzystwa Strażnica: - Z medycznego punktu widzenia trudno ustalić na pewno, czy krew uratuje życie, czy nie. Zasada o świętości krwi jest w Biblii.
Pytany, czy po śmierci Magdy jej współwyznawcy nie czują niepokoju sumienia, odparł: - Magda była dorosła, to była jej decyzja.

- A jak pan by się zachował, gdyby pana dziecko znalazło się w podobnej sytuacji? - pytali dziennikarze.
- Nie wiem.
Dodał, że wśród członków zboru są osoby przygotowane do współpracy z lekarzami, zrzeszone w Komitecie Współpracy ze Szpitalami, gotowe rozmawiać na temat leczenia świadków Jehowy środkami krwiozastępczymi. Preparaty takie podano także Magdzie, w jej przypadku jednak jedynym ratunkiem była transfuzja.


Transfuzja z urzędu http://kiosk.onet.pl/art.html?DB=162&ITEM=1088414&KAT=239